Nareszcie dotarlam do lekarza, troche czasu mi zeszlo. Mialam pojsc zaraz po swietach, ale jak zwykle w takich okolicznosciach okazalo sie, ze jestem dla samej siebie mistrzynia wymowek. Ostatecznie we wtorek postawilam sie do pionu, zamknelam i odlozylam Kinaga na oparcie kanapy i udalam sie tam gdzie powinnam pojsc juz kilka tygodni temu. Dostalam appointment na srode, na 14:20.
Lekarz potwierdzil to, do czego sama juz doszlam, bo przeciez ja juz sprawdzilam co zacz mnie dopadlo. W zasadzie to od samego poczatku, kiedy lapa zaczela mnie nap…. to podswiadomie czulam, ze jet to ta przypadlosc, o ktorej czytalam jakis czas temu na jednym z robotkowych blogow, gdzie blogerka sie skarzyla na ogromny bol i pisala, ze skonczylo sie na operacji. Balam sie tego jak zarazy, tym bardziej, ze zawsze mialam slabe dlonie i bywalo, ze nadgarski mnie bolaly, jak mialam w pracy wiecej mycia jakichs drzwi czy innych drzwiczek od szafek, ogolnie najbardziej mi zawsze dowalalo mycie plaskich pionowych powierzchni, albo wiecej krojenia w kuchni, nie wspominajac o zagniataniu ciasta (kiedys probowalam nauczyc sie robic pierogi i to byl poprostu koszmar), nie uzywam tez do sprzatania scierek ktore trzeba wykrecac, kocham i wielbie wynalazce sciereczek gabczastych.
Zasiegnelam tez jezyka na takiej jednej fejsowej, babskiej grupie, kobitek mieszkajacych w UK i dowiedzialam sie tam, jak to po kolei wyglada. Wiedza ta dala mi tyle, ze sama to ja sie moge co najwyzej po tylku podrapac, pod warunkiem, ze zaswedzi mnie lewy posladek. Poszukalam tez czegos na temat po angielsku, zeby chociaz wiedziec jak sie to po ich niemu nazywa – CARPAL TUNNEL SYNDROME- i zeby wylowic kilka slowek ktorych nie znalam, np: NUMBENSS – dretwienie, albo: TINGLING – mrowienie, ciarki … nie znalam, a mogly mi byc potrzebne zeby przedtawic problem, nie byly, ale za to teraz jestem madrzejsza.
Lekarz pomacal moj nadgarstek i jego okolice, poruszal moim kciukiem przyprawiajac mnie o syki bolu, zmierzyl cisnienie, a potem poszukal w internecie stosownej strony, obrazki na niej potwierdzily mi to czego sie domyslalam, bo do teraz nie jestem pewna czy powiedzial mi, co mi dolega, wiem jak to sie pisze, ale nigdy nie slyszalam jak sie to mowi .. Zapytal czy pracuje, a kiedy powiedzialam, ze nie, to nakazal mi nic nie robic w domu, tylko czy to jest mozliwe …
Z gabinetu wyszlam z recepta na naproxen, ktory mam brac dwa razy dziennnie, wydrukiem zestawu cwiczen, ktore tez mam robic dwa razy dziennie i poleceniem zeby sie w rejestracji zapisac na cytologie. Na cytologie sie nie zapisalam, bo jak tylko wyszlam z gabinetu to zapomnialam jak to jest po angielsku, jak widze napisana nazwe to wiem, ze to jest to, ale za chiny nie potrafie tego zapamietac aby powiedziec. Pomyslalam sobie, ze i tak musze przyjsc do kontroli za dwa tygodnie to wtedy sie zapisze, a wczesniej zrobie sobie sciage, czyli na karteczce zapisze nazwe – CERVICAL SCREENIG.
.Teraz sie okaze czy naproxen i cwiczenia pomoga, bo jak nie to nastepny krok to zastrzyk sterydowy, a jak i on nie da rady to pewnie operacja. Operacja to jednak ostatecznosc, wiec wolala bym, zeby te cwiczenia okazaly sie pomocne i pewnie bede musiala juz tak cwiczyc do konca zycia … Trzeba mi sie przzwyczaic, ze do mojej gimnastyki na zwichrowany kregoslup, dolaczy gimnastycha na zwichrowany nadgarstek.
No to teraz siedze i czytam ksiazki, bo szydelko odwiesilam na kolek … Zrobic to ja i tak niewiele moge, bo wystarczy jeden nieopatrzny ruch reka, a mam mroczki przed oczami, a z ust samo sie wymyka: “o ja perdole”, albo inne inwektywy. Teraz prznajmniej nie mam dylematu: szydelko czy ksiazka …
Jeszcze w niedziele zakupilam sobie specjalny usztywniacz na nadgarstek i spie w tym ustronstwie, a i w dzien zakladam, szczegolnie jak cos tam na lapku robie tak, ze w sumie pol dnia na rece to mam, a jak mam to lapa nie ruszam i nie boli.
I teraz tak sobie mysle, ze gdybym nie miala tak wielkiej alergi na lekarzy, to pewnie juz dawno wiedziala bym, ze mam problem z ciesnia nadgarstka, bo przeciez od lat cierply mi opuszki palcow, czasem tak bardzo, ze tracilam w nich czucie, ale ze niemile objawy, srednio po dwoch dniach mijaly same, to pomimo, ze troche niepokoily, to jednak nie na tyle, zeby jakiegos konowala odwiedzic … To teraz mam, siedze i ksiazki czytam dobrze, ze jak ostatnio w Polsce bylam to kupilam sobie kilka pozycji S. Kinga i P. K. Dicka … Jeszcze moge sie przejechac do jakiegos ladnego parku, tylko pstrykanie zdjec moze sie okazac problematyczne, bo poruszanie kciukiem moze byc bolesne.
OK pozyjemy zobaczymy … dwa tygodnie szybko przeleca.
Poprzedni post napisalam w emocjach, emocjach ktorych bardzo nie lubie, a ktore zawsze dopadaja mnie w okresie przed swiatecznym. Napisalam, nawet nie sprawdzilam bledow ortograficznych, zreszta do dzisiaj tego nie zrobilam, kliknelam publikuj i poszlam spac …
POMOGLO
Chcociaz rano byl DZONK, zadzwonil telefon i dowiedzialam sie, ze moj syn nie wiedzial … W pierwszej chwili pomyslalam, ze zle, ze moze niepotrzebnie … , ale potem doszlam do wniosku, ze nie, ze jednak dobrze sie stalo, ze dobrze zrobilam wyrzucajac te negatywne emocje z siebie.
Ta rozmowa byla dla mnie trudna, bylam zmeczoan psychicznie i fizycznie … i po niej napisalam dluga wiadomosc … W sumie to nie wiem, dlaczego syn nie wiedzial, ze ja od prawie 40 lat nie lubie swiat, nie ukrywalam tego, zawsze mowilam o tym otwarcie, no nie walilam tym nikogo miedzy oczy jak obuchem, tylko poprostu mowilam, ze nie lubie, ze ten okres nie jest dla mnie dobry, ze dziala na mnie stresujaco i depresyjnie … A nawet kiedys na Bloxie, popelnilam taki jeden post, o takich jednych, wyjatkowo wrednych dla mnie swietach …
Bylo nie bylo, swieta minely i z reka na sercu moge powiedziec, ze bylo fajnie, naprawde bylo fajnie 🙂
Bylismy umowieni na 9-ta do syna, na sniadanie, o dziwo udalo sie wyrobic i dojechalismy na czas, z czego bylam bardzo zadowolona, bo nie lubie sie spozniac.
My przywiezlismy sernik i makowiec i jak zwykle dwa chleby. Dorota wszystko juz przygotowala i czekala tylko na chleb. Ona dobrze gotuje i smakuje mi je kuchnia chociaz robi wszystko delikatne, w przeciwienstwie do mnie, ale zawsze na stole jest sol i pieprz i kazdy moze sobie dosolic i dopieprzyc na miare swoich potrzeb. Zjedlismy sniadanie i posiedzielismy, pogadalismy i kawe wypilismy. Kawe zrobil mi syn, na swoj sposob i niech mnie nikt nie pyta jaki to, bo nie bardzo to ogarniam, ale pomimo, ze byla to prima, ktora nie jest moja ulubiona, to w tym wydaniu byla pyszna.
A potem Gandalf namowil naszego syna i synowa, aby pojechali z nami nad morze i zrobil cos fantastycznego. Ja nawet o tym nie myslalam, bo wiem, ze oni nie lubia, wola do parku, albo jakies miasto pozwiedzac … Ogolnie jestem Gandalfowi bardzo wdzieczna po pierwsze za to, ze rano kazal wnuczce wstawac z wyra i zbierac sie do wyjscia, ja nie mialam sily na to i kiedy mi powiedziala, ze zostaje w lozku, to poprostu spasowalam; a po drugie, ze namowil Markow na ta wycieczke.
Pojechalismy do Clacton on Sea. My lubimy tam jezdzic, a z polnocnego Londynu, gdzie mieszka syn, nie jest to az tak daleko.
Uwielbiam tamtejsze klomby, sa piekne …
Te czerwone maki mnie zachwycily
Nawet dosc szybko uadlo sie znalezc, jakies darmowe miejsce parkingowe. A potem kiedy doszlismy do plazy okazalo sie, ze jest ona cala zalana falami przypywu. Weszlismy na plaze, na ile sie dalo i syn cos tam zaczal pod moim adresem, ze chciala na boso po piasku … odpowiedzialam mu, ze jeszcze moze byc tak, ze pojedziemy do Brighton i bede na boso po kamorach 😉
Nie zostalismy dlugo na plazy, bo ten przyplyw … A zaraz wnuczka zaczela marudzic, ze glodna, jak ona to powiedziala to i ja poczulam to samo i weszlismy na sciezke poszukiwania odpowiedniego lokalu. Pierwsze wstapilismy do jakiej tureckiej resteuracji, ale tam ceny okazaly sie kosmiczne, a porcje raczej dosc mikre i szybko opuscilismy te progi. Ostatecznie znalezlismy jadlodajnie wydajaca tradycyjna angielska rybe z frytkami, ryba to byl dorsz, a frytki nie byle jakie a pozadne, grubo krojone z surowych ziemniakow.
A potem wrocilismy na plaze, a ze woda odplynela juz daleko, sciagnelam meszty i skarpetki i odbylam swoj pierwszy w tym sezonie spacer na bosaka po plazy i bylo super 🙂
Zeby nie bylo, ze sciemniam i tym lazeniem na bosaka
Po nadmorskim obiedzie i spacerze wrocilismy do Markow, zjedlismy male co nieco, posiedzielismy i pogadalismy jeszcze , a potem w dobrych nastrojach pojechalismy na wlasne smieci.
Mysle, ze nie tylko dla nas bylo fajnie, bo bylo troche tak jak chcieli by oni i torche tak jak my, czyli kompromis, tak przynajmniej mi sie wydaje. Jak dla mnie bylo fajnie. Spedzilismy ta swiateczna niedziele milo i przyjemnie, a pogoda byla swietna i szkoda bylo by w domu siedziec.
A w poniedzialek pojechalismy sobie sami, wnuczka stwierdzila, ze sie jej nie chce. Chcielismy to popoludnie spedzic w Brighton, niestey ludzi bylo cale mnostwo i miejsc parkingowych brak, ostatecznie Gandalf sie wnerwil, popatrzyl w googel map i pojechalismy do jakiejs malej miesciny po sasiadzku – Worthing. A w tamtym miejscu poprostu szok, ludzi malo i az chcialo sie powiedziec: “jaka tu cisza i spokoj …” tylko z ta cisza idac wzdluz palzy i majac ulice z drugiej strony, byl niejaki problem … ale bylo super.
Polazilismy tak, ze az mi nogi do “D” wlazly i poczulam to w udach i biodrach, byl to moj pierszy, tak dlugi spacer tej wiosny. Szlismy od samochodu wzdluz plazy, az do ichniego mola, ponad godzine. W drodze powrotnej przeszlismy kawalek przez miasteczko, a potem dalej ulica ciagnaca sie wzdluz nadmorskiej promenady. Neistety, wszystkie przybytki serwujace jakies zarcie, byly juz zamkniete, wiec w drodze powrotej do domu, zjechalismy do pierszego napotkanego McDonald’s, ja wzielam sobie salatke, a Gandalf sheika.
Bardzo fajne byly te swieta, nawet od strony kulinarnej, bo nie robilam prawie nic. Upieklam tylko na obiad, kawal wolowiny i ugotowalam do niej kasze i zrobilam troche salatki jarzynowej, dokladnie to dwa wiaderka, takie po kilogramowym serze na sernik.
A experyment kartkowy wypadl tak, ze dostalam zyczenia na fejsie, od czterech osob, dwie z nich to kolezanki szkolne mojej corki; trzecia to kuzynka, ktora przez krotki czas pisala ze mna, a potem przestala, ale pozostala przy odpisywaniu na zyczenia i czwarta, to syn mojego kuzyna. Brat zapomnial, ale potem napisal mi, ze sie pochorowal i nawet zadzwonil. Z corka to praktycznie codziennie piszemy. Dlatego postanowilam, ze juz nie bede wysylac kartek, przynajmniej nie do tych, ktorzy nigdy mi za moje, nawet nie podziekowali i na nastepne swieta kupie tylko 4, zamiast 12-stu.
A wnuczce w wielka sobote rano zapowiedzialam, ze jak do trzech dni sie jej nie poprawi to kupimy jej bilet na samolot i o dziwo przestala marudzic, ze moj syropek niedobry. A pobyt nad morzem, tez jej dobrze zrobil. Gandalf zaordynowal dodatkowo tabletki na alergie i wydaje mi sie, ze to byl strzal w dziesiatke, bo jak przedwczoraj nie wziela rano, to wieczorem kaszel znowu sie nasilil, a niedlugo po zazyciu tabletki sie uspokoil.
Postanowilam sobie tez, ze na nastepne swieta spelnie swoje marzenie i gdzies wyjedziemy. Zreszta Gandalf tez o tym co jakis czas wspomina, ze fajnie bylo by tak zrobic, wiec – koniec, kropka @ com PL. postanowione.
POST Z BLOXA
SWIETA I ZMORY PRZESZLOSCI
czwartek, 14 stycznia 2010
Swieta byly i sie skonczyly i chociaz niespecjalnie je lubie, to jak co roku przetrwalam ten czas i zyje nadal. Duchy przeszlosci, a raczej zmory, bo duchy moga byc dobre i zle, a zmory zawsze kojarza mi sie z czyms zlym i nie pozwalaja mi w pelni cieszyc sie tym czasem. Jak w SMS-sie napisala mi Psota: “zle wspomnienia zatruwaja zycie” i to prawda niestety jest. Mi swieta kojarza sie z napieta atmosfera i awanturami nie wiadomo o co. Kiedy bylam dzieckiem na kilka dni przed swietami i w dzien wigili, do czasu kolacji, to bylo istne pieklo. Najlepiej abysmy, my dzieci, siedzieli w malym pokoju i wcale z niego nie wychodzili. Kazde wyjcie z naszego azylu , w jakim kolwiek celu powodowalo dzikie wrzaski mojego ojca. Jeszcze na siusiu, mozna sie bylo przemknac nie zauwazonym, ale gdy ktores z nas nie daj Boze zglodnialo, albo zachcialo sie mu pic i wchodzilo do kuchn,i ojciec wpadal w furie, drac sie na cale osiedle, ze: ciagle mu przeszkadzamy, zawracamy glowe, a on ma jeszcze tyle do zrobienia … Tak po prawdzie to zaczynalo sie w chwili rozpoczecia porzadkow przed swiatecznych, ale zdecydowanie najgorzej bylo kiedy ojciec wkraczal do kuchni. Nistety nie pamietam co robila wtedy moja mama, ktora nie potrafila gotowc, pewnie do zaszczytnego miejsca przy garach nie byla dopuszczana. Moj ojciec nalezal do ludzi ktorzy uwazaja, ze tylko oni wszystko potrafia zrobic najlepiej i to wlasnie on gotowl, ale tylko w niedziele i od swieta, w tygodniu obiady jadalismy w przedszkolu a potem w szkole. Gotowal i piekl naprawde bardzo dobrze, jak bylam dzieckiem wydawal przyjecia (ostatnie ktore pamietam to bylo w dniu mojej pierwszej komuni i jeszcze jedno chyba rok pozniej), goscie zawsze u nas dobrze sie bawili i zawsze chwalili wszystko co znajdowalo sie na stole. W odpowiedzi na SMS-a Psoty, ze: ”zle wspomnienia zatruwaja zycie”, odpisalam: ” chociaz tego ktory wywolywal te awantury juz nie ma, to wlasne zle wspomnienia zatruwaja mi ten czas i dlatego nie lubuie swiat”.
Szczegolnie mocno pamietam jedna wigilie, z czasu kiedy moje dzieci byly male, a my jeszcze mieszkalismy z ojcem. Zawsze wszystko co mialam do przygotowania w kuchni, robilam sobie wczesniej , tak zeby w wigilie ugotowac tylko fasole do barszczu i przed sama kolacja usmazyc rybe, ktora tez byla przygotowana dzien wczesniej. Chcialam w ten sposob uniknac zbednych awantur. W tym miejscu male wyjasnienie: moi rodzice rozwiedli sie kiedy mialam 16-scie lat, mama wyprowadzila sie dwa lata pozniej kiedy urodzila sie moja corka, wigilie i swieta spedzala u babci z moja starsza siostra. Ja przygotowywalam swiateczne wiktualy dla swojej rodziny, a ojciec dla siebie i mojego mlodszego brata. Niektore potrawy robilismy, ze tak powiem do wspolnego uzytku, to juz byl moj pomysl, wiec ja zawsze gotowalam barszcz i fasole do niego. Od czasu kiedy zycie towarzyskie w naszej rodzinie umarlo, zmniejszyla sie tez ilosc przygotowywanego jedzenia na swieta. Mojemu ojcu tez juz sie nie chcialo gotowac tak jak kiedys i wymyslac roznych cudow na ten czas. Ja zwykle gotowalam wiecej od niego i dlatego wszystko robilam wczesniej, ojcu wystarczal czas od rana w dzien wigili. A teraz do rzeczy: Ja w ten dzien nie mialam wiele do zrobienia, jakies ostatnie drobne przygotowania, ogarnac nasz pokoj, zapakowac prezenty, co zawsze robilismy w ostatniej chwili. Do poludnia byl wzgledny spokoj, ale ja wiedzialam, ze tak pieknie to nie bedzie. Powoli atmosfera gestniala, w koncu rozpetalo sie pieklo. Ojciec wpadl poprostu w szal, nie wiedzialam o co mu chodzi, nikt nie wiedzial. Wszystkie moje proby zalagodzenia sytuacji konczyly sie tylko wzmozonym wybuchem furi. Dzieci byly male, wiec chcac nie chcac musialam wchodzic do kuchni, a to wywolywalo dodatkowy wybuch. Szalal tak do wieczora, wszystkim podkrecil nerwy na maksa, w koncowym efekcie nawet dzieci krzyczaly. Mialam poprostu dosc, chcialo mi sie wyc, on zamiast cos robic szalal jak diabel tasmanski a wszystkiemu bylam winna oczywiscie ja, chociaz caly czas nie wiedzialam o co chodzi. Zaczelam nakrywac do stolu i wtedy cos w nim chyba peklo, zaczal plakac, podeszlam do niego i przytulilam mowiac mu zeby sie uspokoil i usiadl razen z nami do stolu, wychlipal mi w ucho, ze przeciez on nie ma jeszcze nic przygotowanego, ale ja mialam wszystko. Potulnie jak baranek poszedl do lazienki i wykapal sie, a ja w tym czasie przynioslam wszystkie potrawy i skonczylam nakrywanie stolu. Chyba nigdy nie zapomne tej wigili, wyryla sie w mojej pamieci bolesna rana. Co prawda, moj ojciec nastepnego dnia chcac sie zrehabilitowac, bez slowa podal obiad, wczesniej tylko zapytal czy juz go zjemy, prawda to bylo mile, ale rana w sercu pozostala.
W tym roku, swieta mialam spokojne i mile. Jak zwykle przygotowalam sobie wszystko wczesniej, a w wigilie maz mial usmazyc rybe i zrobic majonez ktory mialam dodac do salatki. Do wigilii zasiedlismy z synem i Sebastianem, wczesniej skladajac sobie zyczenia, dzielac sie oplatkiami, ktore przyslala mi mama. Po kolacji rozpakowalismy prezenty i zasmiewalismy sie do lez, ogladajac ksiazke “Simon’s cat”, ktora dostalam od Sebastiana. Kiedy Sebastian pobiegl na swoja druga wigilie do Aurory, my zrobilismy sobie po drinku i obejzelismy film na DVD. Tylko syn usilowal podtrzymac niechlubna tradycje i zaczal narzekac, ze chyba ktos zarazil go grypa i zaczyna sie zle czuc i pewnie bedzie strasznie chory i straci prace, jak to uslyszalam to sie we mnie zagotowalo, szczegolnie temat “straci prace” jest bardzo drazliwy, ale to juz temat na inny wpis. Ucielam to szybko i krotko, powiedzialam mu, ze na grype najlepszy jest czosnek i cytryna i ze tak odrazu to on nie umrze, oraz wreczylam mu aspirune i ibuprom, zagrzalam kubek barszczu z dodatkiem duzej ilosci czosnku. Przez caly nastepny dzien tez popijal barszcz wzmocniony czosnkiem i zyje do dzisiaj. W pierwsze swieto panowalo totalne lenistwo, z synem ogladalam filmy na DVD, a moj A. walczyl na wirtualnej wojnie. W drugie swieto, ktorego anglicy nie obchodza, pojechalismy z mezem do centrum na wielkie wyprzedaze, a syn pojechal do siebie. Zal nam bylo tylko, ze corka z wnuczka nie przyjechaly i wcale nie z powodu braku kasy, tylko ta duza zawalila, bo na czas nie wyrobila dowodu tej malej. Mysle, ze do wielkanocy zdazy zalatwic ta sprawe i do swiatecznego sniadania zasiadziemy wspolnie. Zycze sobie zeby wszystkie kolejne swieta byly takie dobre jak te.
Rozpadam sie na milion kawalkow … i jak kurwa pskaldac te puzle zycia do kupy … w jedna sensowna calosc … A juz myslalam, ze nawet moge polubic swieta, ale nie … ostatnie swieta pokazaly mi, ze bylam w bledzie …
Jest prawie polnoc i wlasnie dopiero co zrobilam zaczyn na dwa chleby dla syna, wczesniej tez zlecilam SMS-em kupno jedynie slusznej kawy dla niego, zlecilam to Gandalfowi, bo pojechal z wnuczka do polskiego sklepu (mi sie nie chcialo, juz nic mi sie nie chcialo), po ser na sernik. Zlecenie zostalo wykonanae i dwie kawy Primy – ziarniste zostaaly zakupione, niech dziecko ma ku porannej radosci.
Jestem zmeczona, kaszlam wnuczki, przyjechala chora, a potem bylo tyko gorrzej i gorzej … W niedziele Gandalf pojechal do polskiego sklepu i kupil antybiotyk, wczoraj (w piatek) o 23-ciej polknela ostatnia tabletke i niby mniej, ale jednak dalej kaszle …. Kurwa … mam juz dosc nieprzespanych nocy z powodu kaszlu dochodzacego z za sciany …
Jestem zmeczona nadchodzacymi swietami, zawsze mnie to meczy, zawsze wprowadza w nastroj depresyjny, kurwa swieta wymyslil chyba jakis sadysta, przynajmniej jak dla mnie …
Na cale szczescie w tym roku nic nie robie, zrobie tylko troche salatki jarzynowej, Gandalf upiecze dwa serniki, jeden dla nas, a drugi dla syna i jego rodziny, a w lodowce lezy zamarynowana wolowina i jutro ja upieke i to wszystko, wszystko z mojej strony, wnuczka jak cos sobie wymyslila to niech zrobi, jak bedzie sie jej chcialo, ja najwyzej umyje gary, przy tym nie trzeba myslec …
Jestem zmeczona, bo boli mnie reka, zaczela mnie bolec jeszcze przed urodzinami, wiec boli co najmniej 5 tygodni i ani troche nie przestaje, a moje “domowe” sposoby nic nie daja .. boli coraz brdziej i bardziej …. Juz postanowilam, we wtorek ide do GP i zalatwie wszystkie sprawy hurtowo: i reke i appointment na kontrolne badanie sluchu i piete ktora bolala, potem przestala i teraz zaczyna znowu bolec …
Najchetniej zwinela bym sie w pozycje embrionalna i odpynela daleko stad … odplynela, odleciala z moimi kotami i ksiazkami, gdzies daleko i obserwowala gdzies tam z gory, co sie dzieje TU, ale tak zeby to juz mnie … zeby juz nie musiec …. Zebym mogla tylko zanurzyc dlon w miekkim i cieplym futerku … albo zagubic sie w korytarzach Hogwartu, czy w jakze innych korytarzach hotelu Panorama …
Nie bylo tak jak zwykle, jak zwykle chociaz od niedawna, telefonu z zapytaniem o swieta ..o to co robimy, jakie mamy plany i czy … Wiec zarzadzilam telefon z naszej strony i umowilismy sie, ze pjedziemy do syna na sniadanie, a potem pojedziemy gdzies, na jakas wycieczke … gdzie, nie wiem, nie wazne … Wazne zeby te swieta nie byly takie jak zwykle, zeby byly inne, zeby nie siedziec na kanapie i gadac i jesc … ja juz nie moge …
Ja juz nie moge tak jak kiedys … nie moge jesc tak jak kiedy mialam lat nascie, nie moge za duzo … nie moge za pozno … potem takie akcje odchorowuje, tak na mnie dziala okres klimakterium czy tam menopauzy, jak zwal tak zwal, ale ja nie moge zrec jak kiedys i nie wazne czy to jest poniedzialek, czy wielka niedziela czy inne boze narodzenie, ja juz nie moge, a niektorzy nie moga przyjac do wiadomosci, ze ja juz po 18-stej nie jem, bo tak i juz.
Wiec czekam na wtorek, i gdzies mam, ze nie zaczyna sie zdania od “wiec”, a we wtorek pojde do GP zapisac sie na wizyte i pojde do weta, zapisac Minka na wizyte i kurwa bedzie juz po swietach …
A na dodatek dalam dupy i nie wyslalam kartek na czas, a potem to juz wiedzialam, ze nie dojada i stwierdzilam, ze to nie ma sensu …. A z drugiej strony pomyslalam sobie, ze przeciez i tak, te kartki ida tylko w jedna strone, to o co mi kaman, czym ja sie przejmuje … Na te swieta dostalam jedna krtke,kurwa JEDNA i to od osoby ktorej nie znam osobiscie, od osoby ktora zaofiarowala sie mi wysylac kartki po smierci moje mamay i od tego czasu dostaje je od niej na kazde swieta. Kurwa, dostalam od niej kartke nawet wtedy kiedy umarl jej maz … A od siostry nie … Aniu dziekuje Ci bardzo za karteke i przepraszam, ale ja nie … i strasznie mi z tym glupio, mam poprostu moralniaka, w stosunku do Cibie, poprostu dalam dupy … A inni … to prawda jest taka, ze jak ja nie zloze zyczen, to oni pierwsi na to nie wpadna i tak sobie postanowilam, ze na te swieta zrobie experyment i zobacze czy chociaz jedena osoba …. Ja wysle zyczenia tylko do naszych przyjaciol w Przeworku … jutro napisze maila.
Ten post to jeden wielki chaos, ale taki chaos panuje w mojej glowie, zobacze czy wyrzucenie tego tutaj cokolwiek mi pomoze … moze … oby …
Byle do wtorku …
A moze w poniedzialek odreaguje, bo palnujemy wypad nad morze w trojke: Gandalf, wnuczka i ja … spacer na bosaka po plazy … ryba z frytkami … i … jak pogoda pozwoli … i uporczywe chorobso wnuczki …
Moze potem upozadkuje sobie w glowie niektore sprawy …
Jutro sprawdze ten post, napewno beda bledy, jak na dyslektyka przystalo … ale to jutro ….
A teraz, teraz jest prawie pirwsza w nocy i chyba pojde spac ….
Czasem chciala bym sie moc upic, ale to juz nie te czasy, juz nie moge, blednik mi na to nie pozwala, dwa kieliszki, albo drinki lub gora trzy piwa i finito …
A cala zabawa ze zrobieniem pachnacego, smacznego bochenka chleba, zaczyna sie od zaczynu ….
Zeby zrobic zaczyn, musimy pierwsze ozywic nasz zakwas:
Wyciagamy zakwas z lodowki, zakrywamy naczynie z nim kawalkiem jakiejs sciereczki, czy innej gazy, zeby nam tam cos nie wpadlo, albo nie wlecialo i odstawiamy w cieple miejsce. Kiedy zakwas ogrzeje sie nam juz do temperatury pokojowej, musimy go dokarmic, a w tym celu dodajamy do niego jedna czesc maki i jedna czesc lekko cieplej wody i dokladnie mieszamy, po czym zakrywamy naczynie i odstawiamy w cieple miejsce. Nastepnie, kiedy nasz zakwas juz dobrze pracuje, czyli prawie podwoil swoja objetosc i pojawilo sie w nim duzo bombelkow powietrza to znaczy, ze jest on juz aktywny i gotowy aby zrobic z niego zaczyn na chleb.
ZACZYN
90gr aktywnego zakwasu zytniego
130gr maki zytniej chlebowej
130gr lekko cieplej wody
Mieszamy to dokladnie, zakrywamy naczynie (sciereczka albo folia spozywcza) i odstawiamy w cieple miejsce.
Gdy nasz zaczyn podwoi swoja objetosc i pojawi sie w nim duzo bombelkow powietrza, ozanacza to, ze jest gotowy do zrobienia ciasta chlebowego.
CIASTO
Caly zaczyn
400gr maki chlebowej (zytniej, orkiszowej, bialej czy innej … jaka kto lubi)
320gr lekko cieplej wody
1 lyzeczka soli
1 lyzeczka cukru
Garsc nasion, co kto lubi slonecznik, pestki dyni …
wyrosniety zaczyn
wszystkie skladniki
wymieszane ciasto chlebowe
Do naczynia z zaczynem dodc wszystkie pozostale skladniki, dokladnie wymieszac lyzka i przelozyc do foremki (ja uzywam foremki keksowej), posypac maka albo otrebami (ja uzywam sezamu, wydaje mi sie do tego najlepszy), nakryc folia spozywcza albo sciereczka i pozostawic do wyrosniecia (ja uzywam foli). Gdy ciasto dobrze wyrosnie, czyli okolo dwukrotnie zwiekszy swoja objetosc (u mnie dorasta do brzegow foremki), wstawic do nagrzanego piekarnika na 230stopni, na dolnej polce i piec okolo 1h 20 min.
ciasto chlebowe w foremce
zakrywam folia spozywcza
odkladam w cieple miejsce
Ja do mojego chleba dodaje otreby pszenne (2 garsci) i owsiane (1 garsc), oraz platki owsiane (1 garsc) i dodaje to do wagi maki, to znaczy za te dodatki razem z maka to 400gr.
Uzywam maki orkiszowej, zytniej, czasem bialej, a nawet probowalam z gryczana, ale Gandalf krecil nosem, ze gryka wali, to sobie odpuscilam, chociaz mi smakowal. Mozna tez zrobic z maki mieszanej.
Dodaje tez roze nasiona, siemie lniane, slonecznik, pestki z dyni, czasem platki migdalowe, albo pokruszone orzechy, czasem robie sobie chleb z oliwkami albo z zurawina, czy sliwka suszona, z tym przepisem mozna sobie pokombinowac co kto lubi i jaka ma fantazje.
Nie podaje tu czasu trwania kolejnych etapow, jak spozadzanie zaczynu, czy ile chleb rosnie, poniewaz ten czas znacznie sie rozni w zaleznosci od pory roku. Zima wszystko to trwa o wiele dluzej niz latem, no chyba, ze ktos ma bardzo goraco w kuchni, ale nie wiem czy tak, bo u mnie w mieszkaniu zazwyczaj jest okolo 20 stopni.
U mnie zazwyczaj wyglada to tak, ze jednego dnia rano wyciagam z lodowki sloik z zakwasem. Po poludniu go dozywiam, a wieczorem robie zaczyn. Nastepnego dnia rano robie ciasto i jakos po poludniu wkaldam chleb do piekarnika.
Kiedy chleb sie juz upiecze i wyciagne foremki z piekarnika, to klade je na desce do gory dnem, na jakies 15 – 20min, po tym czasie wyciagam chleb z foremek i zostawiam na desce do calkowitego ostygniecia.
Kiedy chleb jest zimny, zawijam go w papier do pieczenia, dodatkowo ten bochenek ktory bedzie jedzony pozniej (bo zawsze pieke dwa), owijam folia spozywcza zeby nie wysychal mi za szybko.
Mozna ten chleb rowniez sobie zamrozic, ale jak dla mnie traci wtedy sporo na smaku i robie to tylko wtedy, kiedy np jade do Polski, zeby miec jak wroce i zazwyczaj kroje go wczesniej na kromki.
spod chleba
gora chleba
kroje chleb zawsze kladac go do gory spodem
I jeszcze sie pochwale, ze kazdy kto mial okazje u mnie jesc moj chleb, chwalil sobie go bardzo.
Zawsze wydawalo mi sie, ba nawet bylam o tym gleboko przkonana, ze zrobienie zakwasu chlebowego, to jest starsznie skomplikowana procedura. Niestety, a moze wlasnie stety, okazalo sie, ze bylam w ogromnym bledzie. Zreszta w takim samym bledzie zylam przez wiele lat myslac, ze zrobienie chleba jest trudne i ze nie moze sie to obejsc bez dlugiego wyrabiania ciasta, bez zagniatania itp … Jak dla mnie takie czynnosci sa raczej dosc uciazliwe, po pierwsze nie znosze dotykac maki i wyrabiac ciasta dlonmi, po drugie mam raczej slabe dlonie i takie akcje odczuwam potem bolesnie przez jakis czas, a po trzecie ja nie lubie gotowac, piec itp …
Dobra, to przejdzmy do samego zakasu.
Zakas robimy przez trzy dni, a zajmuje to doslownie chwile kazdego dnia. A potrzebujemy do tego jakis naczynie najlepiej szklane, takiej wiekosci zeby nasz zakwas mogl tam fermentowac i zwiekszac swoja objetosc i aby w trakcie tego procesu nie wykipial nam na zewnatrz, make zytnia i lekko ciepla wode, oraz lyzke do mieszania.
Co do tej lyzki to zdania sa podzielone, bo jedni uwazaja, ze koniecznie musi to byc lyzka drewniana, bo metal wchodzi w reakcje z zakwasem i wszystko szlak tarfia. A inni twierdza, ze moze to byc rowniez lyzka stalowa, i nic zlego sie nie bedzie dzialo i ze to mit z tym metalem, wynikajacy z tego, ze kiedys lyzki byly aluminiowe i to wlasnie owo aluminium wchodzi w reakcje z zakwasem. Ja osobiscie mieszam moj zakwas i zaczyn i ciasto na chleb lyzka drewniana, bo poprostu mi tak wygodnie.
A teraz przechodzimy do sedna i zabieramy sie za zakwas:
1 dzien: bierzemy jedna czesc zytniej maki (np ½ szklanki) i jedna czesc (np½ szklanki) lekko cieplej wody (nie goracej), dokladnie mieszamy i zakrywamy sciereczka, po czym odstawiamy w cieple miejsce na 24 godziny.
2 dzien: do tego co juz mamy w naczyniu, dodajemy: jedna czesc zytniej maki i jedna czesc lekko cieplej wody, dokladnie mieszamy, zakrywamy i odstawiamy w cieple miejsce na 24 godziny.
3 dzien: do naszej mikstury w naczyniu, ponownie dodajemy: jedna czesc zytniej maki i jedna czesc lekko cieplej wody, dokladnie mieszamy, zakrywamy i odstawiamy w cieple miejsce na 24 godziny.
A na 4 dzien mamy juz mlody zakwas i mozemy go uzyc, do zrobienia zaczynu na chleb. Prawda, ze proste?
Zakwas przechowujemy w lodowce, w otwartym naczyniu, zeby byl dostep powietrza.
Na poczatku mojej przygody z chlebem, zakwas kilka razy mi zaplesnial i musialam robic go na nowo. Za pierwszym razem jak sie to stalo, nie wiedzialam dlaczego. Potem zaobserwowalam, ze plesn zaczyna sie tworzyc w tych miejscach, gdzie na sciankach sloika pozostaly zacieki zakwasu, po tym jak przelewalam go do miski robiac zaczyn. Od kiedy dokonalam tego odkrycia, zaczelam za kazdym razem po zrobieniu zaczynu, przelewac swoj zakwas do czystego sloika i od tego czasu ani razu mi juz nie zaplesnial.
Prawdopodobnie moj zakwas ma okolo piec lat. Podobno czym zakwas starszy tym lepszy chleb i chyba cos w tym jest, bo czym duzej go pieke tym jest smaczniejszy, chociaz sama nie wiem czy to zasluga zakwasu, czy samej praktyki, bo jak wiadomo praktyka czyni mistrza 😉
A swojego zakwasu, uzywam rowniez jako starteru do kiszenia zurku.
Samak chleba z dziecinstwa, smak ktory bede pamietac do konca zycia i smak ktorego juz nigdy, niegdzie nie odnajde.
A najpyszniejszy chleb jadlam, u mojej babci, kiedy bylam mala i jeszcze potem kiedy juz bylam nastolatka. Nie, moja bacia nie piekla chleba sama. Zawsze w poniedzialek wracajac z kosciola, szla do piekarni i kupowala chleb na caly tydzien. Ten chleb byl pachnacy, mial chrupiaca i blyszczaca skorke i smakowal wybornie, byl poprostu fantastyczny. Poza tym, pomimo, ze nie zawieral zadnych knserwantow, to przez caly tydzien nic sie z nim nie dzialo, nie plesnial i nie psul sie w zaden inny sposob, co najwyzej wysychal na kamien. Babcia trzymala go na szafie pod laniana scierka i on do ostatniej kromki byl pyszny. Pamietam jak jadlam sucha pajde, popijajac goracym mlekiem, takim prawdziwym od krowy, z porannego udoju, to byly najpyszniejsze sniadania w moim zyciu. Moglam go jesc swiezy i czerstwy i zawsze niezmiennie mi smakowal.
Po chleb do tej piekarni, przyjezdzali ludzie z calego Bielska. Wlasciciel owego przybytku mial wlasna recepture i piec chelbowy, na wegiel drzewny, a kazdy bochenek kladl na lisciu kapusty, tak przynajmniej twierdzila bacia, to o tym lisciu kapusty. Potem kiedy interes przejal jego syn, to pierwsze co zrobil, to zmienil piec na gazowy i to juz nie bylo to … a potem poszedl na ilosc i chleb z tamtad mi juz nie smakowal.
Tak, jak sobie go teraz przypominam, to na pewno byl to chleb na zakwasie i z maki z calego przemialu, bo mial taki lekko szary kolor, nie byl taki bialy jak chleby sa teraz. Mial zwarta konsystencje, ale nie byl twardy i nawet jak byl juz czerstwy, to nadal byl samczny.
Potem w czasie stanu wojennego, kiedy nic nie bylo, ojciec kupowal chleb w piekarni na Folwarku. Pracowal wtedy na trzecia zmiane, bo musial pokazc wszystkim, ze zajmuje sie dziecmi i jak wracal rano, po pracy do domu, to czasem nadkladal troche drogi i kupowal tam chleb, on tez byl fantastyczny, ale to juz nie byl ten smak. Najbardziej lubilam, kiedy byl jeszcze cieply i jadlam go z maslem, ktore rozpuszczalo sie na grubej krommce, niebo w gebie. Pamietam taki jeden poranek, byly to wakacje, siedzialam z bratem przy stole i oboje mielismy doskonale humory, chichralismy sie nie wiadomo z czego, a ojciec biegal i dorabial nam kanapki, a byly one z zoltym serem i teraz tez juz takiego sera nie ma … zezarlismy wtedy pol bochenka, a mial on dwa kilo. Czasem jak chleb byl juz czerstwy, a ojca naszla fantazja, to go odswiezal, moczyl go troche woda i wstawial do dobrze nagrzanego piekarnika, zapach rozchodzil sie po calym mieszkaniu, a potem jedlismy go z samym maslem, pychotka …
A pozniej kupowalo sie chleb baltonowski z PSS-u i rozne inne, poszukujac tego najleszego smaku … Niestety z roku na rok smak i jakosc chleba byla coraz gorsza i gorsza … Te wszystkie polepszacze, spulchniacze czy inne przyspieszacze, niestety niczego nie poprawialy, a wrecz przeciwnie, zamiast cokolowiek ulepszac, powodowaly tylko to, ze chleb byl nadmuchany jak gabeczka, plesnial w tempie nadswietlnym, a o dobrym smaku mozna bylo tylko pomarzyc.
Kiedy przeprowadzilismy sie do Przeworska, akurat niedlugo po tym, otworzyli tam nowa piekarnie. Na poczatku mozna bylo tam kupic bardzo smaczny chleb. Pamietam taki jeden, nasz ulubiony – ‘litewski ze sliwka’, byl ciemny i pyszny i w kazdym bochenku bylo dosc sporo sliwek, najlepiej smakowal z maslem. Mieli tez bardzo dobre bulki, drozdzowki i ciastka. Niestey sielanka trwala krotko, bardzo szybko poszli w ilosc i wszystkie wypieki sie popsuly…. A nasz ulubiony litewski wybladl, stracil sliwki, a w smaku zaczal tracic trocinami i przestalismy go kupowac.
Jeszcze pozniej kiedy zamieszkalm w Warszawie, odkrylam tam ‚chleb z metra’ i kupowalam go w ‘naszym sklepie na rogu’, byl to taki osiedlowy sklep, do ktorego mielismy nie cale 5 minut. Chleb byl ciemny, na zakwasie, posypany suto slonecznikiem, a bochenki byly dlugie … dlugie jak pociag towarowy, ciekawe skad oni mieli takie dlugie foremki … Kupowalo sie go na wage, a pani ekspedienka kroila taki kawalek, jaki kto sobie zazyczyl. Chleb ten byl drogi, ale wart swojej ceny i potem tylko ten kupowalam.
A potem, potem pojechalam do Londynu, a tu chleb w supermarkecie to .. no pozal sie boze, no dla mnie, nie do jedzenia, zreszta Gandalf mial podobne zdanie. Kombinowalismy jakies bulki, np ciabaty z Morrisona byly niezle, czasem kupowalismy jakies bagietki w Tesco, czy bulki ze slonecznikiem, ale generalnie to byl duzy problem, z czego kanapki zrobic.
A potem przeprowadzilismy sie z polnocy na poludnie Londynu i Sebastan kupil sobie maszyne do chleba. Zaczelismy kombinwac troche z chlebem na drozdzach, kupowalismy gotowe mieszanki, co tylko wsypac do maszyny i wody dolac … ale to nie bylo to, co tygryski lubia najbardziej. Na poczatku sie rzucilam, bo zapach i nowosc robily swoje, ale szybko mi obrzydlo, jednak chleb na drozdzach to nie moja bajka, ale ze i tak byl lepszy od tego ze sklepu, to srednio raz w tygodniu pieklismy sobie jeden. A kiedy Sebastian sie od nas wyprowadzil, to Gandalf kupil maszyne do chleba i nadal czasem go sobie robilismy. Ale ja, caly czas marzylam o kromne porzadnego chleba na zakwasie … A, ze Gandalf myslal podobnie jak ja, to szukal, szukal az znalazl …
Znalazl gdzies jakis przepis i wyprobowal go, ale cos z nim bylo nie tak i chleb wyszedl nie taki jakiego bysmy sobie zyczyli. Potem jeszcze raz cos, gdzies w necie wyszukal, ale to tez nie bylo to. Az, pewnego razu pojechal do swoich znajomych, mial im cos zrobic w mieszkaniu i tam na lodowce wisial przepis na chleb, lacznie z przepisem na zakwas. Wypytal sie czy go sobie robia i czy dobry wychodzi i dostal wydrukowany przepis do reki i to byl strzal w dziesiate.
Od tego czasu sama pieke chleb na zakasie, a ile to juz trwa, to tak do konca nie jestem pewna … Mysle i doszlam do wniosku, ze moja przygoda z pieczeniem chleba zaczela sie, jak juz Sebastian nie mieszkal z nami, wiec jakos pod koniec 2012 albo na pocztku 2013 roku. Pamietam tez, ze tej maszyny do chleba, ktora Gandalf kupil po wyprowadzce Sebastaiana, to praktycznie nie uzywalismy. Stala ona na blacie i tylko miejsce zajmowala, a ja ciagle obcieralam ja z kurzu, co mnie strasznie wkurzalo. Potem wyladowala w schowku nad schodami, a na koniec zawiezlismy ja corce.
Wychodzi na to, ze juz 6 lat pieke sobie sama chleb na zakwasie i od tego czasu nie kupujemy pieczywa w sklepie. I nareszcie mam taki chleb jak chce, smaczny pachnacy, o zwartej knsystencji, taki ktorego zjem dwie kromki i jastem najedzona. Pieke raz w tygodniu, dwa kilogramowe bochenki i zjadamy go do ostatniej kromeczki.
Nasz Rufus to taki Kubus Puchatek, kot o bardzo malym rozumku, on poprostu nie jest w stanie, niektorych sparaw ogarnacc, swoim malutkim kocim rozumkiem.
Jak tu poradzic sobie z czyms takim: pancia nalozyla zarcie na miske, a on sobie siada spokojnie, zamyka oczy i duma, a o czyms tam, duma … Nagle otwiera oczy, pochyla sie, a tu dzonk … micha pusta, jeszcze przed sekunda bylo tu miesko, a nagle zniklo, no zniklo, no jak to tak, bylo i ni ma … no dzie ono sie podzialo … no jak to tak …. No, ona mowi, ze inne koty … ale jak to tak ….
Abo, jak tu poradzic sobie z: dlaczemu ona drze ryja, katujac jego delikatny zmysl sluchu, jak on cos chce i delikatnie daje jej o tym znac, tak bardzo delikatnie walc ja w lydke upazurzona lapa, no kot jest kot, a koty majo pazury, co nie … to po trzemu ona sie dzre … no …
Abo, jak tu poradzic sobie kiedy: kotek chce wyjsc i siada przed miska, to ona naklada mu zarcie zamiast drzwi otworzyc … Pzeciez to jest proste, tak jak to, ze kiedy staje sie pod drzwiami i gapi na klamke, to znaczy dokladnie to, ze kotek jest glodny, a ona drzwi otwiera i zdezorientowany kotecek wychodzi … no dlaczemu, dlaczemu ona tego nie ogarnia … no …
Abo, jak tu poradzic sobie z: ze ludzie maja cos przeciw kiedy kotecek chce na kolanka, a oni nie wiedziec po kiego licha, na kolanach klada talerz z czyms tam, na nim i jak kotecek sie pcha, bo jemu to wcale nie przeszkadza i bo on, moze na tym talerzu … to one, te ludzie, fucza na biednego kotecka i uzywaja w stosunku do niego lapoczynow, blokujac mu dostep do kolanek … no … no jak to tak … A na dodatek czesto zamiast talezy klada na kolanka jakies cos, na co laptop mowia … no …
Abo, jak tu sobie poradzic z tym ze: jest juz wieczor, a kotecek kompletnie nie rozumie o co z tym wieczorem chodzi … Kotecek przespal cale popoludnie, obudzil sie i chcial by na spacerek, a one, te ludzie zrzedza o jakims wieczorze i gadajo, ze ciemno na polu, jak kotecek nie wie, co to jest to ciemno, moze gdyby wiedzial to by se na to ciemno zapolowal … Kotecek lamie sobie swoj maly rozumek nad tym ‘ciemno’ i nad tym ‘wieczorem’ juz prawie przez 14 lat, glowi sie nad tym tak dlugo, jak jest ze swoja pancia i nic nie kuma … A one, te ludzie wciskajo mu kit, ze wszystkie inne koty z ktorymi mieszkal, wiedzialy o co chodzi .. no … no jak to tak ….
Ale jak to jeden stary weterynarz mowil: “kazdy zwierz swoj rozum ma”, to i Rufus ma …
Nie potrafi sprecyzowac czego chce, nie potrafi zatrybic i zapamietac, ze jak wbija pazury ludziowi w lydke to zawsze powoduje krzyk, jak i tego, ze jak nie zje na czas swojej porcji, to inne koty zrobia to za niego, kompletnie ignoruje pory dnia i codzienne rytualy, ale doskonale wie gdzie i jak zdobyc chrupki ….
Kiedys, chodzil do Raszida i tam byl karmiony chrupkami, potem jak on przestal go wpuszczac, poszukal sobie kolejnego jelenia. Sprawa sie rypla, kiedy babka zobaczyla Rufusa z Krzyskiem pod naszymi drzwiami, zostala wtedy uswiadomiona, ze ten kot nie jest bezdomny, jak to sobie wykombinowala, a ma kochajacych wlascicieli. A ona specjalnie dla niego nawet chrupki kupila, no coz, jak ktos nie odroznia bezdomnego kota od zadbanego, to potem z kocim zarciem zostaje. A swoja droga to Rufus czasem tak glupio wyglada, szczegulnie wtedy kiedy Minio zrobi mu wronie gniazdo na plecach, wtedy moze grac bezdomnego.
Kotek jest bardzo biedny, bo od czasu kiedy malo brakowalo zeby przeniusl sie za teczowy most, nie ma w domu zadnych chrupek. Rufus co jakis czas prowadzi mnie na gore i siada pod drzwiami szafy, robiac miol … I nie moze pojac, ze kiedys ‘miol’ ale teraz ‘ni mo’, bo chrupek nie ma i juz nie bedzie, w tym miejscu, ani w zadnym innym. A on lazi pod te drzwi z uporem maniaka, bo przez jakis czas byl tam schowany worek z nimi i zwierz to sobie zapamietal. Niestety, nie zakodowal sobie tego, ze ten worek jakos 3 albo 4 lata temu zmienil miejsce zamieszkania. Ot taki malo znaczacy fakt, bo coz zancza 4 lata wobec wiecznosci …. Wczesniej byl, we w tej szafie i juz … i on pamieta i nie rzoumie dlacczemu teraz nie ma …
A jak nie ma w domu, to jak przystalo na starego nalogowca, kotek dobrze wie, gdzie i jak, pozadany towar zdobyc i zaczal chodzic znowu do Raszida. Tak, do tego to rozum i madrosc ma. A Raszid ulega biednemu koteckowi i za jego piekne oczy, karmi go chrupkami. Zawsze wiem kiedy stamtad wraca, bo zawsze wtedy dluzej jest poza dommem i zawsze jego glowa pachnie perfumami.
Tylko, ze teraz zarcie chrupek, to dla niego nic dobrego. Wykombinowal se kotecek, ze jak mu miesko nie smakuje, to co on bedzie jadl w domu, jak moze pojsc do sasiada na niamusne chrupeczki i lazil … az do czasu … Dosc szybko sie zorientowalam, ze brak apetytu, to nie objaw gorszego samopoczucia, a pelnego brzucha. A jak kotek nie zre w domu i na zaglodzonego nie wyglada, to znaczy, ze … Przez jakis czas przygladlam sie temu, a cisnienie mi roslo. Niestey, doputy dzban wode nosi, dopuki sie ucho nie urwie, no i sie urwalo i kotecek poczul sie zle … Jednego dnia rano, jedna kuweta byla sucha, a durny zwierz nawet nie spojrzal na drzwi, tylko bez sniadanka ewakuowal sie na gore. Nie panikowalam, caly dzien podawalam mu wode dopaszczowo, i wieczorem pojawilo sie siku, a potem kotecek zazadal kolacji. Przytrzymalam jeszcze jeden dzien na kwarantannie i nadal poilam woda. A po dwoch dniach, kotecek dal mi do zrozumienia, ze on dzisiaj idzie do innego baru na sniadanie … O ty zarazo jedna, pomyslalam sobie i zagrozilam zwierzowi, ze wyjdzie dopiero jak swoja porcje zezre. Kot zakonczyl akcje strajkowa po poludniu.
Ja tez mam swoja moadrosc i nie bedzie mnie kotecek w bambuko robil.
Przyjechala, a wlasciwie to przyleciala, w srode. Mowilam corce, zeby kupila jej bilet na autobus z lotniska. We wtorek mloda zadzwonila do mnie z zapytaniem, czy dziadek po nia przyjedzie, kazalam zapytac o to samego dziadka. Pojechalismy po nia, ale niestety musiala czekac na nas dwie godziny, bo dziadek musial skonczyc pewna lazienke i nie mogl tego odkladac do nastepnego dnia. No coz, chyba chciala sie przejechac nowym samochodem, chociaz napewno okazja jakas sie znajdzie, chocby zakupy … No nie, to byl zart, bo mysle, ze wnuczka bedzie dobrym pretekstem zeby gdzies wyskoczyc. Chociaz z nia to nigdy nie wiadomo, moze miec muchy w nosie i nie koniecznie bedzie zadowolona z wycieczki, juz to przerabialismy niejednokrotnie i nie tylko to …
Wlasciwie to dziwny czas na jej wizyte, bo powinna chodzic do szkoly, ale nie chodzi … Olala szkole, a zreszta zawsze jej bylo tam nie po drodze i zawsze miala do niej pod gorke, albo droga byla zbyt zawila, wiec czesto bladzila i bywalo tak, ze to corka czaesciej w szkole bywala. A mloda trafiala tam gdzie jej byc nie powinno, a ma chyba wbudowany specjalistyczny radar, na towarzystwo z pod ciemnej gwiazdy, ktore przyciaga ja jak lep muchy. No coz jest jak jest, mama odpocznie troche, od swojego nadzbyt skomplikowanego dziecka, delikatnie mowiac.
Nie wiemy jak dlugo zostanie. Przyjechala z wielkimi planami, ze do pracy pojdzie … ze zaaplikuje o status osiedlenca … Chociaz z ta praca to moze miec wielki problem, bo moze nie dostac NIN i to wcale nie dlatego, ze teraz przyznawanie go jest zaostrzone, ale dlatego, ze ona w wakacje olala termin i go nie odwolala … niestety w systemie to jest. No coz, wtedy to byl jej wybor, nudzila sie i nie mogla tu dluzej usiedziec, tak zrzedzila, az dziadek mial tego dosc i kupil bilet na samolot. Teraz moze byc podobnie, pozyjemy zobaczymy. Ja mysle, ze zostanie do swiat, a moze i spedzi je z nami … A potem … sie zobaczy.
A swieta, hummm … narazie nie mamy planow, moze byc tak, ze wsiadziemy w samochod i razem z mloda pojedziemy do Polski. Teraz jak juz Krzysiek wrocil, to nie bedzie problemu z kim chlopakow zostawic. A moze byc tak, ze Magda z Wackiem i Kasia przyleca. W srode mowila, ze moze tak, bo bilety teraz tanie. Corka nie byla u nas od przeszlo trzech lat, ostatni raz byli na Boze Narodzenie w 2015 roku. Zobaczymy, do swiat jeszcze dwa tygodnie …
A jak narazie to mloda kaszle mi po katach, a najczesciej w lozku, bo chora przyleciala. Zazywa tabletki, w ktore zopatrzyla ja matka i pije witamine C, ktora ja jej podaje. A jak wyzdrowieje, to moze nam pierogow nagotuje, ja nie potrafie, a ja niedobra i wredna matka nauczyla. Pewnie wybierzemy sie razem do Primark’a, to lubi i na Brixton, to tez lubi, bo tam odkryla taki dziwny sklepik z ciuchami …
W sobote wybralam sie na spacer do pobliskiego parku, Clapham Common Park, mam go 10 minut od domu. Pogoda byla ladna i sloneczna, wiec napstrykalam troche zdjec.
Camelia
Wisnia
Jak tylko wyszlam z domu zobaczylam bladorozowa camelie, w pieknym delikatnym odcieniu. One zaczynaja kwitnac juz w styczniu i teraz jeszcze maja kwiaty, piekne sa. Wisnie tez juz zaczynaja kwitnac. Musze sie wybrac bo Batersea Park, tam jest aleja wisniowa.
Anglicy uwielbiaja narcyzy, jest ich w parkach cale mnostwo, zreszta nie tylko w parkach, mozna je zobaczyc na srwerkach, trawnikach i prywatnych przydomowych ogrodach, czy rabatkach, sa poprostu wszedzie. Ja osobiscie tez je bardzo lubie i znowu je mamy na rabatce, na naszym patio.
Hiacyntowiec
Postanowilam obejsc park wkolo i idac dalej jego obrzezem, natrafilam na kepke haiacyntowcow, angielska nazwa to bluebells . To dopiero pierwsze, niesmiale jeszcze, ale jak zaczna kwitnac wszystkie, to park miejscami zrobi sie poprostu niebieski. Mam je rowniez na patio, rosly juz tam, kiedy tu zamieszkalismy.
Park ten znajduje sie pomiedzy dwoma stacjami metra, Clapham Common i Clapham South. Po drugiej jego stronie, czyli na samym brzegu, przy stacji Clapham South, wypatrzylam te piekne, czerwone tulipany, a te trzy kolorowe byly tylko dwa.
W parku sa trzy stawy, a to jeden z nich. Na srodku widac „ptasia wyspe” jak ja nazywam, bo mieszkaja tam ptaszyska i nawet gniazda mozna wypatrzyc.
Parki londynskie sa zamieszkane przez roznej masci i wielkosci pataki, jest ich tutaj cale mnostwo. Ja na ptakach nie znam sie za bardzo, ale te na pierwszym zdjeciu to bernikle kanadyjskie i sa one tu caly rok. Zastanawialam sie kiedys glosno, czy one odlatuja z tad na zime, czy nie … Gandalf stwierdzil, ze jedne odlatuja, a na ich miejsce przylatuja inne i mysle, ze cos w tym jest.
A na koniec jeszcze lyska i te sliczne zielone listeczki.
Koty sa bardzo bliskie mojemu sercu i towarzysza mi od wielu, wielu lat … Praktycznie zawsze, jakis byl w moim domu, no poza okresem kiedy ukradziono mi kociaka, ktory zostal mi po ukochanej kotce, a potem byly psy, a nastepnie pojawily sie dzieci. Ten bezkoci okres trwal, za do momentu kiedy corka przytargala do domu biala, kocia znajde … a potem nastepna, bura …
W zwiazku z moja miloscia do tego gatunku, los kotow nie jest mi obojetny. Chcac zrobic cokolwiek, dla tych ktrom w zyciu sie nie powiodlo, postanowilam oddac jakis fant, na taki jeden, koci bazarek.
Bialy lapacz snow z kwiatuszkami
Tutaj wisi w oknie
A oto on, moj bialy lapacz snow, z kwiatuszkami, srednica kola – 45cm, dlugosc elemantow wiszacych – 41 cm dlugosc calkowita – 90 cm
Padlo na bialy lapacz snow, ktory byl juz prawie skonczony, czekal tylko na dorobienie wiszacych elementow. Wlozylam w jego wykonanie swoj czas i serce, wyszedl piekny i bardzo mi sie podobal. Mialam nadzieje, ze w licytacji osiagnie odpowiednia cene. Porobilam zdjecia, wystawilam na swoim fanpage i do licytacji na kocim bazarku. Niestety zawiodlam sie i to bardzo. Zwykle bluzy, takie ktore mozna kupic w sklepie i ktos je wystawil, bo potrzebowal miejsce w szafie na nowe szmaty, osiagnely ceny od £25 do £30 a moze i wiecej, nie wiem, bo sie wkur… i nie patrzylam wiecej. A moj piekny lapacz, ktory ja sama wycenilam sobie na £55, zostal wylicytowany za dyche, dokladnie za £10, porazka.
To zreszta nie pierwszy raz, bo tak samo bylo w ubieglym roku, kiedy to pierwszy raz ten bazarek byl organizowany. Zostalam wtedy poproszona przez administratorke, do wziecia w nim udzialu. Wystawilam wtedy dwa moje lampiony i komplet podkladek pod kubki. Bledem administratorki bylo to, ze wszystkie 3 przedmioty wystawila razem, jako jedna licytacje. Wtedy rowniez sie zawiodlam, bo moje fanty osiagnely zawrotna sume £2. Za sama przesylke zaplacilam wiecej i na cale szczescie, ze dogadlam sie, ze nie musze wysylac tych lampionow razem ze sloikami, tylko same wloczkowe oslonki, bo kosztowalo by to jeszcze wiecej.
Oslonki na lampiony sa zrobione na drutacch, a podkladni pod kubki na szydelku, ze sznurka jutowego.
Wczoraj bylam na poczcie i wyslalam moj piekny lapacz, do osoby ktora go wygrala. Przesylka kosztowala ponad polowe wylicytowanej ceny, bo £5.10. Nie chcialam zwrotu kasy za przesylke, polecilam te pieniadze przeznaczyc na potrzeby kotow.
Wiecej juz nic, nie wystawie na zadnym charytatywnym bazarku, szkoda mojej pracy. Poprostu dam dyche i po sprawie.
Wiem, ze lapacz bedzie przeznaczony dla malego chlopca, ktorego drecza koszmary, wiec niech mu przyniesie duzo dobrych i pieknych snow, bo to przeciez z ta wlasnie mysla go robilam.A