29. W POLSCE, NIE BEDE ZEZOWATA NA JEDNO UCHO …

W wielka niedzile, jak jechalismy do Markow, zepsul mi sie aparat sluchowy, a dokladnie to odmowil wspolpracy ten, na prawe ucho. Pierwsze myslalam, ze to moze jednak bateria, chociaz dopiero co ja zmienilam, wiec przelozylam ja do lewego i wszystko gralo. Schowalam zbuntowane ustrostwo do pudeleczka i zostalam zezowata na jedno ucho.

Baterie i obsuge aparatu, czyli wszelkie naprawy, mam za darmo, tylko trzeba pojsc do szpitala, do punktu obslugi. Kiedy skoncza mi sie baterie, to poprostu jade tam, oddaje opakowania ze zuzytymi i dostaje nowe, a pani w mojej ksiazeczce dokonuje stosownego wpisu i to wszystko. A kiedy cos by mi w aparacie nie dzialalo, to nalezy tam zadzwonic i umowic sie na wizyte. Jeszcze nigdy nie musialam, az do teraz. Troche czasu mi zeszlo, bo nie chcialo mi sie tam jechac, az jakos pod koniec maja, poprosilam Krzyska zeby mi tam zadzwonil i dupa. Zadzwonil, ale mogl se pogadac z automatem, ktory informowal, zeby sie nagrac, albo zeby wyslac maila. Nie lubie gadac z automatami i nie cierpie sie nagrywac, a potem co … w odpowiedzi dostane wiadomosc glosowa, a tego poprostu nienawidze. Szukalam maila na stronie szpitala, ale jakos nie udalo mi sie go znalezc, znalazlam cos, ale to byly chyba jekies maile wewnertrzne, ichnie szpitalne, bo jedyna odpowiedz jaka dostalam, to bylo, ze nie ma takiego adresu … Nie pozostawalo nic innego jak ruszyc dupe i poprostu tam pojechac, a to jednak troche daleko, bo dotarcie do tam, metrem, zajmuje nie cala godzine.

W koncu, w poniedzialek ruszylam dupe. Musialam chwile poczekac, bo przy okienku jakas stasza pani zastanawiala sie, czy chce appointment na wtorek, czy … ostatecznie zdecydowala sie na srode. Ja nad niczym sie nie zastanawialam, babka zapytala czy moge przyjsc jutro na 10-ta. Moglam. Wydrukowala mi moj appointment. Juz jak znowu siedzialam w metrze, postanowilam, ze przesiade sie na Stockwell, z Northern na Viktorie i podjade na Brixton, zeby kupic sobie olej kokosowy, cynamon w laskach i buraki, a po zakupach wroce do domu autobusem. Zazwyczaj chodze na Brixton pieszo, tam i spowrotem, ale w ten poniedzialek lalo od rana.

We wtorek rano, o 9-tej wyszlam z domu, zeby byc tam troche wczesniej. Zameldowalam sie w okienku od wymiany bateri i poszlam usiasc na krzesle. Jeszcze dobrze sie nie rozsiadlam, jak wyszla z gabinetu mloda dziewczyna i zawolala moje imie … Malo co nie przegapilam tego faktu. Ona zawolala jakies imie, a ja jakos nie zwrocilam na to uwagi, ale nikt nie wstawal i kiedy powtorzyla, to ja dopiero zaskoczylam, ze to o mnie chodzi … Predko poderwalam zadek z krzesla i powiedzialam: “Malgorzata? Is me”. W gabinecie Pani poprosila zebym usiadla i zapytala jaki mam problem. Podalam jej moj prawy aparat i powiedzialam, ze nie dziala, ze wymienilam baterie i dalej nie dziala. Wziela szczypce, czy cazki i wyciagnela wezk ze sluchawka, potem jeszcze wyciagnela ta plastikowa czesc do ktorej wlkada sie wezyk i obie te czesci zalozyla nowe, nastepnie poprosila obym jej podala moj lewy aparat i zrobila to samo, a potem polecila, zalozyc na uszy i zapytala czy lepiej slychac. Tak, bylo lepiej. Popatrzyla w komputer i powiedziala mi, ze mam aparat juz 3 lata, a ta czesc laczaca wezyk z aparatem, nalezy wymieniac co pol roku. Podziekowalam, pozegnalam sie i wyszlam.

Hummm, zaczelam sie zastanawiac, czy ta babka ktora kalibrowala mi aparat trzy lata temu, to czy ona mi o tym powiedziala … nie wiem. Mowila duzo i szybko. Powiedziala mi i pokazala jak czyscic wezyk i jak go wymieniac. Powiedziala tez kilka innych rzeczy, ale nie pamietam czy mowila o tym akurat, moze tak, a moze nie, a moze poprostu mi to umknelo … W sumie to i tak teraz nie wazne, najwazniejsze jest to, ze aparat dziala i jak pojedziemy do Polski, to nie bede zezowata na jedno ucho.

A w metrze znowu wpadlam na genialny pomysl, ze jak nim jade to wysiade dopiero na Tooting Back i tym sposobem nie bede musiala tam jechac specjanie. A tam udalam sie do Primark’u. Mialam nadzieje na to, ze moze trafie jakis satnik, ale niestety nic interesujacego nie znalazlam, bo wszystkie byly wypchane gabka, a ja z wielkosci moich cyckow jestem zadowolona. Za to kupilam sobie dwie pary gacio-leginsow i dwie pary japonek. Do domu wrocilam autobusem.

A do Polski jedziemy juz w srode 19-go, na slub mojego brata, ktory bedzie w sobote 22-go. Jedziemy samochodem i w zasadzie to sie zastanawiam czy to bedzie jeszcze wtorek, czy juz sroda, bo prom mamy na czwarta rano, wiec z domu musimy wyjechac gdzies o drugiej. Cholera jeszcze nigdy nie jechalam do Polski o takiej zabujczej porze. Miala z nami jechac wnuczka, ale znalazla prace, wiec jedziemy sami. Gandalf wykupil nam hotel po drodze, w Dreznie, wiec bedziemy spac w lozkach, jak ludzie i zjemy tam sniadanie i bardzo dobrze. Do tej pory jak jechalismy do Polski, to robilismy postuj, na 3 – 4 godziny i spalismy w aucie, ale to juz nie te lata, jestesmy coraz starsi i tak juz sie poprostu nie da.

Juz sie nie moge doczekac, w czwartek obiad zjem u Psoty. I z Ela sie umowilam, a na dodatek musimy sie spotkac, bo mamy do tego stosowny pretekst.

A jutro, jak wszyscy pojda do pracy, spakuje sie na spokojnie.

Reklamy

28. A TYDZIEN TEMU, MIALAM FAJNY PIATEK …

Zaczelo sie od tego, ze 3 maja dostalam wiadomosc na fejsie, od starszej siostrzenicy: “Hej jesteś w domu 07.06? Mogę przyjść w odwiedziny?”, na co jej ospisalam: “Pewnie tak, bo do Polski wybieram sie troche pozniej.”  Potem jeszcze sie dopytalam czy bedzie sama, czy moze z rodzina. Okazalo sie, ze umowila sie z kolezankami na weekend, a przy okazji chciala by i nas odwiedzic, to przyleci dzien wczesniej.

Przed przyjazdem Kaski, odsprzatalam troche chalupe, tyle, na ile pozwolila moja zwichrowana raczka. A w piatek rano zrobilam makaron z tunczykiem, na obiad. Jakos w trakcie moich zmagan kuchennych, przyszla wiadomosc od Kaski, na messenger, ze wyladowala i jedzie na Clapham Juncton i zebym jej podala numer telefonu. A potem jeszcze jedna, ze juz czeka na autobus 345. Akurat jak skonczylam pichcenie i starlam blaty, zadzwonil telefon, Kaska pytala jak ma do nas dojsc, bo ona juz jest. Wyszlam przed dom, na droge, ale na przytanku jej nie bylo i raczej nie dziwne, bo z bagazem nie lazla by przez mokry trawnik, w deszczu i nie skakala by, z morku na dol. Odwrocilam sie w prawo i zobaczylam jak idzie z wielgasna, rozowa waliza. Przywitalysmy sie i weszly do domu.

Na moje pytanie, czy chce kawe, herbate, czy moze pierwsze wode, odpowiedziala, ze najchetniej napije sie kawy i ucieszyla sie, zreszta ja tez, ze pijemy ta sama i nawet obie parzymy ja w imbryczku. Przy kawie pogadalysmy troche o tym i o tamtym.

A jak zapytala o koty, to od razu pojawil sie Rufus, bo przeciez on zawsze musi byc w centrum uwagi i takiej atrakcji, jak gosc w domu, nie mogl by przepuscic.

Kaska przywiozla mi dwa obrazy, z tych ktore malowala moja mama, bo okazalo sie, ze ma podwojne. A ja upieklam jej dwa chleby, ucieszyla sie i powiedziala, ze sobie zamrozi i napewno bedzie go jadla. Niestety ani jej maz, ani dzieci nie moga cieszyc sie jego smakiem, bo cala trojka ma jakies problemy z przyswajaniem glutenu, a moj chleb jest na zytnim zakwasie.

Po kawie poszlysmy na gore, pokazalm jej nasza sypialnie i obrazy babci, oraz moje storczyki. I nawet Miniek zszedl z lozka i sie z Kaska przywital, co u niego jest niebywale, bo on nie lubi obcych i zawierania nowych znajomosci.

Kaska chciala odwiedzic jakies muzeum i zrobic zakupy w jakims Primark’u i to jej pozostawilam wybor w tej kwesti, zaznaczylam tylko, ze ja pierwsze musze odebrac leki dla kotow, u weta  i doladowac oyster.

Zjadlysmy makaron i wyszlysmy. W lecznicy troche sie zakrecilam, bo byla nowa babka w recepcji i jakos nie moglam ogarnac, co ona do mnie mowi, ale po chwli zaskoczylam, ze tlumaczy mi, ze mam przyjsc z Rufusem na co ploroczna wizyte i teraz, da mi tylko dwie tabletki, a potem dostane reszte. OK, zapisalam sie na na poniedzialek, a potem przebieglysmy na druga strone ulicy i w sklepiku, gdzie mydlo i powidlo doladowalam oyster.

Kaska patrzyla w mapy na telefonie i prowadzila … W muzeum nie zabawilysmy dlugo, od razu skierowalysmy sie na dzial egipski, zeby mumie poogladac. Wyszlysmy innym wyjsciem. Usiadlysmy w ogrodku przy jakiejs knajpce i Kaska postawila po lampce wina i nawet aura w tym momencie byla dla nas laskawa, bo przestalo padac. A potem, troche sie zakrecilysmy, zanim dotarlysmy do sklepu. W Primark’u, spedzilysmy duzo wiecej czasu, niz w muzeum. Ja znalazlam dwie pary gaci, czy leginsow, zwal jak zwal i paczke skarpetek z kocimi motywami. Kaska nabrala szmat cala kupe, troche dla siebie, cos dla dzieciakow i poszla do przymierzalni z sukienkami, a potem troche tego balastu zostawila przy kasie. Z nia to moge robic zakupy, nie ma zbednego ogladania, macania, zastanawiania sie, ladne, albo nie, rozmiar dobry, za duze moze byc, Sonja dorosnie,  a to za male to nie, o koszulka na Fredka fajna, troche za duza dobra, sandalki fajne, ale czy dobre … nie ma co, buty trzeba przymerzyc, bo dzieci szybko rosna. Szast, prast idziemy do kasy. Zadowlona byla z zakopow, bo ciuszki ladne i 3 razy taniej niz w Norwegi. Z nia to ja moge i do muzeum i na zakupy.

Ze sklepu pojechalysmy do domu, a tam juz czekal na nas Gandalf. Przywitali sie Kaska z wujkiem, wujek z Kaska …. A kiedy oni sie widzieli ostatni raz … ? Ja tego nie pamietam. Ja z Kaska spotkalam sie ostatnio 4 lata temu, we wrzesniu, na pogrzebie mojej mamy.

Chwile jeszcze pogadalismy w domu, a potem wsiedlismy do samochodu i odwiezlismy naszego goscia do hotelu, mogla spac i u nas, ale stwierdzila, ze tak bedzie jej wygodniej. Mysle, ze miala racje, bo przyjechala odpoczac troche od dzieci, marzyla o tym, zeby usiasc z lampka wina i spokojnie gazety poczytac i zabrala ich ze soba caly plik. A gdyby zostala na noc u nas, to owszem wino by sie znalazlo, ale o czytaniu gazet mogla by zapomniec i o spokojnym wiczorze w samotnosci rowniez.

Kaska jest bardzo bezposrednia i za to ja lubie. U niej nie ma owijania w bawelne, albo kogos lubi, albo nie, u niej nie ma obgadywania za plecami, jak ma cos do kogos to mowi mu to wprost i nie robi niczego na pokaz, bo tak wypada. Lubie takich ludzi, bo relacje z nimi sa latwe i proste, czlowiek nie musi caly czas myslec o tym, co i jak mowi i wie, ze nic z tego co powiedzial nie zostanie opacznie zrozumiane i wykozystane przeciwko niemu.

Jeszcze zanim przyjechala, chodzil mi po glowie taki jeden pomysl, ale to cala historia: Marek nie raz narzeka, ze nikt z rodziny nie utrzymuje z nim kontaktu i to prawda, bo dzwoni do niego tylko wujek, czyli moj brat i siostra, czyli Magda. A kiedy mowimy mu, ze sam moze zrobic pierwszy krok, to sie unosi i komunikuje nam ostro: “jak ktos chce sie ze mna skontaktowac, to niech sobie poszuka mnie w internecie, tam jest wszystko i numer telefonu i adres”. Kiedy Kaska wyslala do mnie waidomosc z zapytaniem, czy moze nas odwiedzic, poinformowalam Marka, ze jego kuzynka bedzie w Londynie. Odpowiedzial mi jak zwykle, ze mozna go znlezc w internecie …. Nie drazylam tematu. A kiedy w rozmowie Kaska zapytala o kuzyna, powiedzialam krotko, ze mieszka ze swoja Dorota i zajmuje sie handlem na ebay i o tym jak to ciagle powtarza, ze jak ktos chce, sie z nim …. Co Kaska podsumowala krotko, no i slusznie, kazdy robi jak chce.

Kiedy jadlysmy z Kaska obiad, to w tym czasie gadalysmy z Magda przez messenger, przez moj telefon. A kiedy skonczylysmy jesc, wynioslam talerze do kuchni i pobieglam na gore sie przebrac, zabrac kurtke i torebke. Jak zeszlam na dol, Kaska dalej gadala, ale juz nie z Magda … Nagle powiedziala: “to dobra Marek, to ja juz koncze, bo my wychodzimy i musze sie ubrac, pa” i wlozyla mi telefon do reki mowiac: “ciocia masz tu Marka”. Troche bylam zdziwona, bo jak to Marek zadzwonil akurat teraz … Zamienilam z synem kilka zdan, ale kiedy wyszlysmy na zewnatrz to okazalo sie, ze leje, wiec powiedzialam jak jest i ze musze schowac telefon do torebki i zakonczylam rozmowe. Ciekawosc mnie zzerala, wiec zapytalam Kaske, czy to Marek zadzwonil, na co ona mi odpowiedziala: ”nie to ja, bo wiesz jak Magda sie rozlaczyla, to mialas na telefonie niezamknieta strone z ostatnio wybieranymi numerami, a na pierwszej pozycji byl MAREK, no to zadzwonilam”. Smiejac sie, powiedzialam je o tym, ze myslalam zeby jej wlasnie to zaproponowac.

Mila to byla wizyta i gosc mily, a teraz ciekawa jestem, kiedy znowu sie spotkamy.

27.DOM CONSABLE’A, TECZA I KWIATY.

Bedzie dlugo i duzo, duzo zdjec. W zdjecia nalezy kliknac zeby je powiekszyc.

Gandalf chcial zrobic troche porzadku na patio, wiec w ta niedziele zostalismy w domu. Troche mi bylo szkoda, bo pogoda byla ladna i sloneczna, ale coz.

Za to w poprzednia niedziele, bylismy na wycieczce w pewnym ladnym miejscu, ktore my juz wczesniej widzielismy i teraz chcialam je pokazac Markom.

Trafilismy tam 4 lata temu, tez w czerwcu, za sparawa gwozdziarki, ktora Gamdalf kupil sobie na ebay. Gwozdziarka ta, a wlasciwie dwie, byla z odbiorem osobistym. Pojechalismy wiec to odebrac i od faceta ktory to sprzedawal, dowiedzielismy sie o tym miejscu, bo mieszkal on, mozna powiedziec po sasiedzku.

Chcielismy ich porwac od razu do samochodu, ale Dorota powiedziala, ze pierwsze obiad. Jak to mowia, nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, bo jadlam bardzo dobre kotlety z kurczaka, z pieczarkami i zoltym serem, nie wpadlam na to, ze tak mozna, a teraz juz wiem i nie zawacham sie tez takich sobie zrobic. Kompromis byl z obu stron, bo my zaczekalismy na obiad, a Dorota pojechala z nami chociaz nie czula sie najlepiej.

Wyszlismy z domu na tyly budynku i tam na rogu pod murem, zobaczylam takie czerwone cudo i nie moglam sie powstrzymac, a potem udalismy sie w droge do …

Po dotarciu na miejsce, zaplacilismy za parking i poszlismy droga w dol. Naprzeciw wejscia do ogrodu jak z bajki, na klombie zobaczylam moje ukochane margaretki i nie moglam sie powstrzymac …

A potem, juz w ogrodzie zachwycalismy sie kwiatami i innymi roslinami. Byly tam tez poidelka dla pszczol, domki dla owadow, drewniane rzezby np pajaka, czy jeza i wiele innych ciekawych rzeczy … Fantastyczne miejsce dla malych i duzych.

Po wyjsciu z ogrodu, poszlismy dalej, czyli w strone domu slawnego angielskiego malarza. Tak do konca to nie jestem pewna, czy John Constabe mieszkal w tym domu, ale na pewno mieszkal w tym miejscu i tutaj, oraz w okolicy malowal swoje pejzaze

Dom jest maly i taka ciekawostka, ktora opowiedziala nam pani jak bylismy tam pierszy raz, 4 lata temu, mieszkaly w nim dwie rodziny, kazda z szesciorgiem dzieci … W domu jest muzeum, a w bydynku za nim jest sklep z pamiatkami i kawiarnia, z ogrodkiem na zewnatrz.

Ponizej kilka zdjec eksponatow, zanajdujacych sie w domu.

Z domu poszlismy w kierunku mlyna, ktory znajduje sie w tym miejscu. A znajdue sie on w  tym budynku z czerwonej cegly. Jednym z wlascicieli tego mlyna byl ojciec John’a Canstable’a, a schede po nim przejal mlodszy brat malarza, poniewaz on nie byl zainteresowany prowadzeniem gospodarstwa.

A potem spotkalismy piekny dab, jakiego jeszcze nie widzialam, nie mial on zaoledzi, tylko chyba, szyszki … Nie jestem pewna, nie wiem, nie znam sie … I bylo tam drzewo ktore na nas patrzylo 😉

Jak wracalismy od mlyna, poszlismy jeszcze za dom, bo tam jest staw, a wlasciwie to rzeka, a na niej sa jakies przegrody, tamy czy cos, nie wiem co zacz, ale wydaje mi sie, ze te wszystkie konstrukcje maja zwiazek z samym mlynem.

A kiedy szlismy juz w strone parkingu, to z pod plotu przy domu usmiechnely sie do mnie jeszcze takie cuda …

A w drodze powrotnej, zjechalismy do Chelmsford, w sumie to nawet nie wiem czy jest tam cos ciekawego. Zrobilismy tylko male koleczko i wrocilismy do samochodu, bo znowu zaczynalo deszczykiem straszyc, a i robilo sie coraz pochmurniej.

Pogoda zrobila nas troche w bambuko, bo pogodynka szalu co prawda nie zapowiadala, mialo byc cieplo, pochmurno, ale bez deszczu i to ostatnie niestety sie nie sprawdzilo. Kiedy bylismy w polowie drogi do Faltford, zaczelo padac, ale na szczescie nie byl to jakis duzy dzeszcz i kiedy dojechalismy na miejsce to ustal. Niestety jak szlismy w strone mlyna znowu zaczelo padac. Tam mozna jeszcze pojsc za zabudowania i zobaczyc okoliczne pola, bylismy tam za pierszym razem, ale ostatniej niedzieli zrezygnowalismy z tej atrakcji.

Mysle, ze Dorocie i Markowi tez sie wycieczka podobala.

Po wycieczce wrocilismy do Markow, Dorota podala kolacje. Posiedzielismy jeszcze troche u nich i w tym czasie na niebie pokazala sie tecza.

Dostalam tez piekny bukiet na Dzien Matki, ktory wypadal akurat w ta niedziele, z kwiatami w oblednym zoltym kolorze.

Bukiet stoi do dzisiaj i nadal cieszy moje oko.

26. MAMA ….

Myslalam o niej kilka dni wczesniej, tak mocno, intensywnie, caly dzien … bo tak normalnie, to mysle o niej i o ojcu, prawie kazdego dnia.

Ostatnio robie pozadek w zdjeciach, tych ktore mam na kompie, a jest tego sporo … syzyfowa praca … Wysylam w kosmos te zle, nieudane, podwojne … Segreguje, zakladam foldery … Te z telefonu to bajka, na kazdym mozna sprawdzic date i wiadomo co i jak i kiedy. Te z mojego aparatu dla jajoglowych, to loteria, bo na wiekszosci z nich, jest data „.. styczen 2007”, a to dlatego, ze on zawsze kiedy baterie zdychaly, wracal do tej wlasnie daty. Pierwsze nie potrafilam sobie tego ustawic, a potem ciagle o tym zapominalam … Do tego Gandalf przegladal swoje dyski z kompa i znalazl na nich moje zdjecia i jakies stare dane. Przejzalam to i znlazlam zdjecia z wielkanocy z 2017 roku, a juz myslalam, ze przepadly … ucieszylam sie jak dziecko.

Zdjecia przywolaly wspomnienia …

Zdjecia ktore dostalam , kiedys tam od corki, oba sa z 2010 roku.

Pierwsze jest ze stycznia. Magda pojechala wtedy do Bielska z Mira i swoja kolezanka, Hanica. Chciala odwiedzic babcie i spedzic z nia kilka dni. Hanica zabrala swoj apatar i porobila zdjecia.

Drugie jest z maja, mama przyjechala wtedy do Warszawy, do Magdy, na komunie prawnuczki. Zdjecie zostalo zrobione juz po naszym wyjezdzie.

2014 rok, lipiec.

Przylecialam wtedy do Polski na kilka dni, w powrotnej drodze mialam zabrac ze soba Mire, na wakacje. Nie mialam czasu na dodatkowe podroze po kraju, wiec umowilysmy sie z Magda, ze ona przywiezie mloda do Bielska. Mialysmy leciec do Londynu, z Katowic.

Zdjcia robila Mira. Na pierwszym moja mama, zadowolona, usmiechnieta. Na pozostalych sa obrazy ktore malowala, a ktore wisialy praktycznie na kazdej scianie w jej mieszkaniu.

2014, pazdziernik, Oslo.

Obie moje siostrzenice mieszkaja w Norwegi. Starsza zaprosila babcie do siebie i kupila jej bilety. Mlodsza przyleciala do Polski na kilka dni i po to, zeby babcia nie leciala sama. Moja mam nigdy wczesniej nie leciala samootem, miala wtedy 80 lat. Bala sie troche powrotu, bo wtedy miala byc juz sama. Kaska dzwonila wczesniej na lotnisko i zalatwila wszystko tak, ze odprowadzila babcie do ostatniej odprawy, tej ktora jest przed wejsciem do samolotu.

Mama poznala wtedy swoja mlodsza prawnuczke, Sonje. Poznala tez meza Kaski i jego rodzine. rodzicow i babcie. Opowiadala mi potem, o tym jak oni wszyscy opiekuja sie ta babcia na zmiane, byla tym zachwycona. Babcia byla w domu opieki, ale nie caly czas, byla tam przyz dwa tygodnie, w czasie kiedy rodzina nie mogla sie na zajmowac, a potem dwa tygodnie spedzala w domi i wszyscy po kolei sie nia zajmowali.

Byla zachwycona calym pobytem i wszystkim co Kaska jej pokazala.

Wtedy, tam, jescze czula sie dobrze, jeszcze nie wiedziala …

2015, polowa lipca.

W lipcu moja siostra poleciala do Norwegi, do swoich corek i na slub starszej. Magda przyjechala do Bielska, zeby zajac sie babcia, oraz kotami i kurami swojej ciotki. Siostra zawiozla mame do siebie, zeby Magda nie musiala extra jezdzic do zwierzakow. Byly to ostnie dni, ostatni czas ktory babcia z wnuczka spedzily razem.

17 sierpien 2015

To ostatnie zdjiecie, mama byla juz wtedy w hospicjum.

W polowie sierpnia, przyjechalismy do Polski na slub Magdy. Kilka dni spedzilismy w Bielsku. To byly moje ostatnie dni, ostatni czas spedzony z mama. Wiedzialam, ze juz jej nie zobacze …

Odeszla w dniu swoich imienin, 2 wrzesnia.

Przyszedl po nia „ten facet ktory robi nici”.

Przyszla do niej Psota, zrobila co miala zrobic, a potem siedzialy i rozmawialy. Nagle mama podekscytowana wypalila: „co ten facet tu robi?, dlaczego on tam stoi?, skad on sie tu wzial?” Psota zaskoczona zaczela dopytywac o co chodzi, bo na sali byly tylko one dwie. Mama powiedziala jej wtedy, ze pod drzwiami od lazienki, stoi facet i robi nici. Ona go widziala.

25. DZIEN POCIETY NA KAWALKI

Wpiatek …

Wstalam rano. Napilam sie wody. Zrobilam Gandalfowi kanapki do pracy. Nakarmilam chlopakow. Szybko wzielam przysznic, ubralam sie, ogarnelam wlosy. Czlowiek nic konkretnego nie zrobil, a dwie godziny minely jak pstrykniecie palcami …. Zlapalam torebke, wrzucilam do niej telefon. 9:03 zamykam za soba drzwi, wizyte u lekarza mam o 9:20. Wychodze. A na polu slonko i cieplo i … Wszedzie wszystko kwitnie, patrze tu jakis kwiatek, tu galazka ukwiecona, tam cos … zawrot glowy … Nie mam czasu, jak bede wracac to pstrykne sobie i to i tamto i jeszcze cos …

Melduje sie na recepcji, siadam na krzesle i czekam. Na tablicy pojawia sie moje nazwisko z numerem pokoju, do ktorego mam sie udac. W gabinecie melduje, ze z reka jest gorzej. Lekarz kiwa glowa, pyta o cos, robie glupia mine, nie rozumiem, …. Potem idzie lepiej, chociaz kiedy mi poleca wykonywac pewne ruchy dlonia, to jakos nie lapie … Z duza doza cierpliwosci, dla nie kumatego jezykowo pacjenta, udaje sie mu przeprowadzic badanie, wypada zle. Pyta czy mam problemy z karkiem, tak mam, mam problemy z kregoslupem od dziecka, to czego nie potrafie powiedziec pokazuje, np wskazujac palcem na odcinek ledzwiowy. Na koniec mowi, ze moze mi zrobic zastrzyk dzisiaj, zerka w monitor … o 14:20, albo kiedys tam, nie lapie, niewzane, jak dla mnie super bedzie dzisiaj. Na koniec wizyty, poleca mi pojc do recepcji. Ladnej, czarnej babce za kontuarem mowie, ze mam appointment na 14:20, na zastrzyk. Patrzy w monitor, sprawdza, potwierdza, po czym robi zdziwona mine i patrzac na mnie mowi: „oooo, ty dzisiaj bedziesz tu trzy razy, bo jeszcze masz apointment na 11:15”. Rozbawia mnie, to jej zaskoczenie i jej mina, potwierdzam i wychodze. Na zewnatrz, smieje sie do siebie z jej zdziwionej miny i zaskoczenia i juz mysle o tych fiatkcha, ktore czekaja na mnie czekaja …

Tuz za zakretem lapie takie rozowe cudo. A kawalek dalej, juz po drugiej stronie ulicy, za jakims ogrodzeniem, delikatny kwait powojnika, chyba. I jeszcze tka kisc pachnacych kwaitow, na jakims krzaczorze.

Wracam do domu. Nastawiam imbryczek na poranna kawe, pozna dzisiaj, no coz, czasem tak bywa. Wlaczam lapka. Siadam z kawa, Sprawdzam fejsa, moze corka cos napisala, wyslala jakies zdjecia, moze Kasi, moze kwiatkow … Czytam kilka postow, na blogach ktore lubie … Czas dopic ostatni lyk i jeszcze do kibelka. Znowu wychodze. Ide, a po drodze spostrzegam fiatki ktore mi wczesniej umknely. I nagle … O, jaki fantastyczny klomb i dlaczemu wczesniej go tu nie widzialam? No, jasne, ze nie widzialam, bo wczesnej nie byl on upstrzony tak cudnie pomaranczowo … Nie mam czasu teraz … ale jak bede wracac …

Melduje sie na recepcji, siadam na krzesle, czekam.

Wchodze do gabinetu. Pielegniarka pyta kiedy mialam ostatnio robiona cytologie. Dawno, bardzo dawno, jeszcze w Polsce … Mowie jej, ze wszystko jest Ok, czuje sie dobrze, nic mnie nie boli, a ostatni okres mialam ponad dwa lata temu. Tutaj badanie to robia w GP, czyli w osrodku zdrowia, a nie u ginekologa. Podoba mi sie to. Wyniki beda za 6 tygodni, jak wszysko bedzie dobrze to OK, a jak by cos bylo nie tak, to dostane wezwanie do szpitala.

Wychodze. Ladnej murzynce z recepcji mowie, ze jeszcze tu wroce, wybucha smiechem. Na zewnatrz jeszcze smieje sie do siebie, do swoich mysli ktore bladza nie wiem gdzie … Przechodze przez ulice, ide pare krokow i spogladam w lewo … O, kurde po co ja przelazilam, przeciez mialam te poaranczowe kwiatki na klombie … E, moze jak bede nastepnym razem … Ale nie, przeciez nigdzie mi sie nie spieszy, rozgladam sie na boki i wracam na tama strone ulicy. Obchodze klomb w kolo i … wszystkie te fantastycznie pomaranczowe i nie tylko … I sa jakies niebieskie, nie wiem co zacz i nagietki, a na koniec maki, maki piekne, delikatne, czerwone … cudowne. Kocham maki.

A potem jeszcze, po drodze urzeka mnie delikatnie rozowy kwiat dzikiej rozy, chyba … Zachwycaja kwiaty akacji, tej takiej z prawie zoltymi liscmi. A druga, w calej jej okazalosci, lapie w obiektyw mojego smartfona, obie sa piekne i ten kolor ich lisci, poprostu zolto – zielony obled. I jeszcze takie cudo sie do mie usmiecha, z za plotu, tuz obok wejscia do szkoly, takie skromne kwiatki dzikiej rozy ( tak mysle, nie znam sie na roslinach za bardzo).

A tuz, prawie pod domem … seidzi sobie gawron i odpoczywa. Zwalniam, powoli wyciagam telefon z torebki … i powolutku krok za krokiem, zblizam sie i pstryk, pstryk, pstryk …. ktores musi byc dobre … Gawron, o dziwo niezbyt pospiesznie, przeskakuje na druga strone ogrodzenia, mam go, uwielbiam obserwowac te ptaki.

A potem za murem naszego patio … Moja pierwsza mysl: „Glowy Lenina z nad painina”, parskam smiechem … To nasze pomidory i truskawki, ktore stoja na daszku budki ogrodnika, czyli szopki Gandalfa. A na koniec,  jeszcze krzak rozy u sasiada, patrze na niego co rano, jak wypuszczam chlopakow na spacerek.

A w domu … Tuz po poludniu, robie sobie sniadanie, grzanki z zoltym serem, na patelni, nie mamy opiekacza, tostera, tudziez innego tego typu ustronstwa … Jedzac te moje grzanki, zastanawiam sie, czy uda mi sie wypic dzisiaj druga kawe, po czym dochodze do wniosku, ze tak, o ile zrobie ja sobie zaraz, teraz … A po kawie po raz ostani wychodze …

Ide i w duchu smieje sie do tych moich disiejszych wedrowek, tam i spowrotem ….

Siadam na krzesle i wbijam wzrok w tablice, a moje nzawizsko uparcie sie na niej nie pokazuje. Sparawdzam ktora godzia, ile czasu juz czekam … Chochlik czarnowidz zaczyna dzialac: a moze, bo nie zameldowalas sie na recepcji … i lekarz juz sobie poszedl … nie nawidze tego …. Babka z recepcji schodzi i pyta, czy ja to ja … I mowi zeby poczekac, za chwile moje nazwisko pojawia sie na tablicy, uf, spadaj chochliku czrnowidzu.

Lekarz pyta czy chce siedziec, czy wole sie polozyc, zostaje na krzesle, dopytuje czy jestem pewna, tak jestem pewna. Robi mi zastrzyk w nadgarstek, wczesniej precyzyjnie wyznaczajac miejsce wklucia. Obserwwuje cala operacje. Po zastrzyku tlumaczy mi, ze dostalam anestetyk ze sterydem i gdyby on pomogl, to bedzie nastepny. Wyznacza mi wizyte kontrolna, za da tygodnie. Wychodze. w recepcji nie ma akurat „mojej babki”, szkoda. Kiedy jestem juz a zewnatzr czuje jak reka mi cierpnie, no nie dizwne, raczej.

A po drodze, jeszcze raz uwieczniam klomb w calej okazalosci. A potem usmiecha sie do mnie jaks biala roza, a na koniec jakis delikany kwiatuszek, ktory zachwyca uroliwie swoim fioletem.

A wieczorem, jak Gandalf wraca z parcy, grzeje mu obiad i zdaje relacje z wizyty u lekarza.

A jeszcze pozniej stwierdzam, ze calodzienna kwarantanna, wyelczyla Rufusa z „nie bede tego jadl, nie lubie”, ale to juz inna historia.

Glupi taki dzien, pociety na kawalki, podzielony na czas od wizyty do wizyty, ale jednoczesnie fajny. Tyle fiatkow sie do mnie po drodze usmiechalo, a ja usmiechnelam sie do jakiegos czarbego pana, ktory akurat strzygl zywoplot, ale on byl chyba nie kumaty jakis, bo popatrzyl na mnie, jakby sie mi cos na mozg rzucilo, chyba nie potrafil sie slonkiem cieszyc 😉

Zdjecia mozna powiekszyc, klikajac w nie.


24. CANTERBURY, HORNE BAY (VI. 2015)

Tak jak juz wspominalam, w Canterbury i Horne Bay bylismy wczesniej. Pojechalismy tam na poczatku czerwca, 4 lata temu. Gandalf znalazl gdzies informacje, ze jest tam zabytkowa katedra. Katedra ta, jest jedna z najstarszych i najslawniejszych budowli tego typu, w Angli (tak podaje wikipedia).

Zanim dotarlismy do niej, to pierwsze przeszlismy przez miasto i przez brame widoczna na pierwszym zdjeciu. Brama jak widac byla remontowana, zreszta sama katedra rowniez. Miasto widac po budynkach, ze bardzo stare. Budynki bardzo malownicze, jest sie czym pozachwycac. Czuc i widac w tym miejscu, historie …

W katedrze, akurat byly wtedy, przeprowadzane prace konserwacyjne, wszedzie byly porozstawiane rusztowania. Nie weszlismy do srodka, nie pamietam dlaczego, moze byla zamknieta dla zwiedzajacych. Obeszlismy ja w kolo i caly teren wewnatrz murow ja okalajacych. Budowla robi ogromne wrazenie.

A potem poszlismy obejrzec ruiny zabytkowego zamku, jeszcze starszego od katedry.

Obejrzelismy starozytne ruiny z zewnatrz i od srodka, a nawet z gory. Pozniej, jeszcze bylismy w parku obok ruin, a potem pojechalismy jeszcze do Horne Bay.

Spacer po promenadzie, zaczelismy w innym miejscu niz rok temu. A idac wzdluz niej, na lace powyzej, zobaczylam moje ukochane margaretki i nie moglam sie powstrzymac …  Kocham te kwiaty

Na ostatnim zdjeciu, w dali na cyplu, widac ruiny strego kosciola w Reculwer. Zostalo z niego juz niewiele, bo wiekszosc budowli zostala pochlonnieta przez morze.

Pogode mielismy piekna i schodzilismy sie, az do bolu nog, to byla swietna wycieczka.

23. SEERNESS, MARGATE, RAMSGATE (16. IX. 2018)

Rok temu, jednej wrzesniowej, slonecznej i cieplej niedzieli, zrobilismy sobie podobna wycieczke. Piersze pojechalismy do Sheerness, bo Gandalaf gdzies wypatrzyl ten most, po ktorym mozna tam dojechac i chcial mi go pokazac. Zaparkowalismy w tym samym miejscu, obok tego samego stawku co ostatnio i poszlismy na plaze. Wtedy bylismy sami, a ze jak juz gdzies sie wybierzemy to lubimy sobie polazic az do bolu, to szlismy ta plaza, az doszlismy do promenady, a byl to dosc spory kawalek …

A potem wrocilismy do samochodu i pojechali dalej, do Margate. Zeszlismy w dol w kierunku morza i podziwialismy klify, niesamowite widoki …

Byla to tak jakby zamknieta zatoka, gdzie w jedna strone wogole nie mozna bylo pojsc, bo klif prawie od razu wyrastal z wody, pionowa sciana w gore. W druga strone mozna bylo pojsc tylko kawalek, tak sie nam przynajmniej wydawalo, bo nie szlismy tam do konca. Wrocilismy ta sama droga na gore, ktora tam zeszlismy i poszlismy na promenade.

Nie zwiedzilismy wtedy miasta, szlismy tylko wzdluz morskiego brzegu i zachwycalismy sie malowniczymi widokami ktre tworzyly piekne klify.

Doszlismy do budki z ostatniego zdjecia i zawrocilismy w strone samochodu, a jak juz do niego dotarlismy, to z przyjemnoscia usadzilismy tylki w fotelach, bo nogi nam juz wlazly wiadomo gdzie …

Kiedy przyjechalismy do Ramsgate, zrobil sie juz wieczor …

Bylismy juz zmeczeni, ale Gandalf chcial zobaczyc jak wyglada port promowy i czy cos sie tam dzieje, ale zanim tam doszlismy, to jeszcze obejrzelismy sobie troche miasto.

Porobilam troche zdjec z gory …

Potem zachwycil mnie ten wodospad i laweczka obok niego …

I jeszcze postanowilam to sobie uwiecznic …

I jeszcze widok z gory …

A na koniec dotarismy do opuszczonego prtu i jak widac na zdjeciu nic sie tam nie dzialo, bylo calkiem pusto.

Gandalf przekonal sie na wlasne oczy, ze ten port niestety jest zamkniety. Kiedys plywaly z tego miejsca promy do Ostendy, podroz trwala 4 godziny i mozna bylo sie spokojnie przespac, oszczedzalo sie tez kawalek drogi. Plynelismy z tego miejsca w 2011 i potem wracalismy do Londynu z naszymi dziewczynami, czyli corka i wnuczka. Postalismy tam chwile i popatrzyli na opustoszale miejsce, firma ktora prowadzila w tym miejscu inters byla mala i podobno splajtowala. Za to teraz, w zwiazku z Brexitem, podobno jest plan uruchomienia tego prtu na nowo,

A potem ruszylismy w droge powrotna do Londynu.