33. NADAL BEDZIEMY SIE SOBA CIESZYC :-)

Wczoraj jak Gandalf wrocil z pracy, poszlismy do weta. Powiedzielismy, ze jest zle, ze bardzo go boli i chyba bedziemy chcieli go uspic. Moja ulubiona babka na recepcji, ta ktora zawsze jak tylko mnie zobaczy, to pyta jak tam Rufus, bardzo sie zmartwila. 

Wizyte mialam na 11:30.

Mloda wetka, ta ktora prowadzila go od poczatku choroby, zaprosila mnie do gabinetu. Wypytala co sie dzieje. Po czym wyszla i wrocila z telefonem w rece i wreczajac mi go powiedziala, ze pani mi wytlumaczy. Pani pracujaca w innym oddziale tej lecznicy, piersze powiedziala mi, ze ona troche mowi po polsku, chociaz niezbyt dobrze, a potem wytlumaczyla co i jak. Chcieli zrobic mu rentgen, zeby zobaczyc co tam w srodku sie dzieje, bo w przypadku problemow z biodrami, nie zawsze jest konieczna operacja, a czasem wystarcza leki, a sama glukozamina to za malo. Poza tym badanie krwi, proby nerkowe, watrobowe i na poziom cukru, normalaka u starszych kotow. Zapytalam ile by to kosztowalo, cena byla powalajaca. Oddalam telefon wetce i zadzwonilam do Gandalfa, bo moje konto jest puste. Powiedzial mi: “nie bede sie zydzil, podejmij decyzje, bo to Twoj kot”. Zgodzilam sie. Podpisalam zgode na sedacje (uspokojenie zwierzaka, zeby sie nie ruszal) i rentgen. Mialam po niego wrocic o 17:15. 

Wrocilam do domu. Zrobilo mi sie troche lepiej, bo wczesniej bylo mi smutno i co chwile plakalam (to jakas zmiana u mnie, przyznac sie publicznie do placzu, niebywale). 

Ale nerwy i niepewnosc, dalej we mnie graly, a stres mnie dobijal. I tu rowniez zrobilam cos innego niz zazwyczaj (chyba nie poznaje siebie samej), zamiast usiasc i dusic stres w sobie, zlapalam za odkurzacz i odkurzylam salon (tylko tak z gubsza, bo odkurzacz mam juz zapchany i trzeba wyprac filtr i umyc mu bebechy), kuchnie i schody i umylam podloge w kuchni. A potem umylam gary i zrobilam sobie kawe. A na koniec powiesilam pranie, ktore nastawilam kiedy skonczylam odkurzac. Dobrze mi ta robota zrobila, ruch rozladowal troche stres.

A potem, trzeba bylo jeszcze chwile, taka dluzsza chwile, poczekac do 17-stej ….

Jak nadeszla wyczekiwana godzina, zlapalam worki z recyklingiem, zeby je wywalic po drodze i wyszlam. 

A na miejscu okazalo sie, ze pierwsza diagnoza jednak nie byla poprawna. Wetka pokazala mi, na ekranie monitora, rentgen. Okazalo sie, ze Minio ma zmiany w przedostatnim i ostatnim kregu przed ogonem i stad ten bol. Potem poprosila zebym poczekala, bo ona znowu poprosi o pomoc w przetlumaczeniu. Kiedy czaekalysmy na telefon dopytalam ile ma kosztowac jeden zastrzyk, a z tego co zrozumialam maja byc 3 i ma on kosztowac £40. 

Potem dowiedzialam sie, ze maja to byc zastrzyki sterydowe i ze beda co miesiac, ale gdyby nie bylo takiej potrzeby, to znaczy gdyby kot czul sie dobrze, to nawet co 6 tygodni. Pani potwierdzila mi tez to, co wteka mowila o wynikach, ze w probach nerkowych i watrobowych cos tam jest nieznacznie podwyzszone, a cukier jest w normie, ale ogolnie jest OK. 

Przy okazji dopytalam sie o ostatnie wyniki Rufusa, bo mial robine badanie krwi tuz przed naszym wyjazdem. Okazalo sie, ze sa takie same jak poprzednio, czyli jak sie nie pogorszylo, to jest w pozadku.

A na koniec umowilam sie na wizyte na 9:15, w poniedzialek. Wyszlam z lzejsza dusza i portfelem lzejszym o prawie £400.

Minio jak tylko wyszlam na zewnatrz, zamknal jape, bo tam jak wetka przyniosla kontenerk i postawila pod gabinetem, to protestowal glosno, mowiac mi; “zabierz mnie stad szybko, bo ja nie chce tu byc …” walc glowa w siatke u gory.

Kiedy weszlam na droge miedzy blokami i minelam zakret, przystanelam i wypuscilam go, ale sie ucieszyl. Powoli doszlismy do domu, oboje zadowoleni. 

A w domu, pierwsze wbiegl do kuchni, a ze miska Rufusa byla zakryta, to pobiegl za mna i kiedy otworzylam drzwi na patio wybiegl i rozejrzal sie uwaznie, nastepnie wbiegl do salonu, pochylil sie i zajrzal pod stol, krecac glowa na prawo i lewo … Ale nie znalazl tam Rufusa. Znalazl go na gorze, lezacego w korytarzu, przywital sie z nim.

Gandalf jak wrocil, to mu powiedzial: “no Misiek, teraz to Ci sie udalo”. Wypytal co i jak. Wyglaskal Miska, bo on od jakiegos czasu do obu kotow mowi – Misiek, a najlepsze jest to, ze oba na to reaguja. Krzysiek tez sie ucieszyl. A Mira z usmiechem stwierdzila, ze fajnie. 

I tak w domu Miskow zapanowala radosna atmosfera, a ja pije sobie drugie piwo. 

Szczerze, to mialam ogromny dylemat, bo z jednej strony nie chcialam zeby sie meczyl, zeby cierpial, ale z drugiej strony nie chcialm zrobic tego ostatecznego kroku zbyt wczesnie. Usypialam wczesniej zwierzeta, ale to byla juz ostatecznosc i w tamtych przypadkach mialam pewnosc, ze to ten czas. A tu do konca nie bylam pewna … Teraz mi ulzylo i jest mi teraz tak lekko na duszy, bo kocham tego kota, znam go od chwili kiedy sie urodzil i ciesze sie, ze mamy jeszcze czas, czas w ktorym mozemy sie soba cieszyc nadal.

Reklamy

32. SMUTNO …

O Minku pisalam w marcu, ze ma problem z biodrami. 

Poszukalam sobie informacji o glukozaminie i o leczeniu tej przypadlosci. Co do glukozaminy to myslalam, ze moze bede mogla mu dawac nasza ludziowa, ale nie, dla kotow nie nadaje sie nawet ta psia. Nie rozumiem tylko dlaczego, wetka przy pierwszej wizycie, nie powiedziala mi, zebym zaczela mu ja podawac. Dopiero przy drugiej, kiedy sama o to zapytalam, podala mi nazwe odpowiedniego specyfiku. Za to chetnie, dawala mi srodek przeciwbolowy dla niego.

Przemyslalam sobie wszystko, w ta i tamta strone, bilam sie z myslami i nie bylo mi latwo… ale podjelam decyzje …

Proponowano mi rentgen … a potem operacje, ktorej koszt mozna oszacowac dopiero majac zdjecie.  Bez zdjecia widze, ze jest nieciekawie, za dlugo sie ukrywal, a ja nawet nie wiedzialam, ze koty rowniez na to choruja.

Operacja musiala by byc na oba biodra, wiec nie jedna, a dwie. Kazda operacja wiaze sie z bolem. Pamietam kiedy ostatnio mial usuwany ropien z ucha, to bylo to dla niego bardzo traumatyczne przezycie. Spedzil tam prawie cala dobe, bo musialam go zostawic na noc i odebralam go okolo 17-stej. Kiedy w domu wypuscilam go z kontenerka, pierwsze dopadl miski z woda, a potem wciagnal miske zarcia i znowu pil i pil … Wygladalo na to, ze nic tam nie jadl i nie pil, nie dlatego zeby mu nie dali, ale dlatego, ze byl w obcym miejscu i byli tam obcy ludzie. A potem kiedy nioslam go do kontroli, to wyl jak potepieniec, cala droge do tam. Potem jeszcze, jak za jakis czas szlam z nim na szczepienie, tez wyl i tak jeszcze kilka razy … A jednak, operacja na biodro jest duzo powazniejsza …

A potem ma byc rehabilitacja i znowu obce osoby …

A Minio to kot jednego pana, on boi sie obcych i nie zawiera z nimi znajomosci, jak do nas ktos przychodzi to ewakuluje sie na gore, albo wychodzi na zewnatrz. On jest na dystans nawet z ludzmi ktorych zna. Nawet kiedy Magda do nas przyjezdzala, a przeciez zna ja od swoich pierwszych dni, to na poczatku obchodzil ja szerokim lukiem i tak samo zachowuje sie jak przyjezdza Mira. Kiedy czasem odwiedza nas syn, to dopuki go nie zawola, to tez zachowuje sie jak dziki.

I jeszcze jedno, jak utrzymac w domu kota, ktory przez cale swoje zycie byl wychodzacy? To nie jest taki kot jak Rufus, ktory moze spac 24 godziny na dobe. A nawet Rufus jak ladna pogoda lubi sobie polazic, czy pospac miedzy kwitkami, na patio i potrafi zrobic niezla rebele o to, zeby mu drzwi otworzyc. Minio to kot kochajacy ruch, lazenie, bieganie za wiewiorkami, przeganianie innych kotow, a nawet lisow ze swojego terenu … Jak takiego, po operacji utrzymac w domu? Po histori z uchem przez tydzien nosil kolnierz i w zwiazku z tym, nie mogl wychodzic na pole i naprawde bylo ciezko. On lazil po domu i jojczyl, chodzil od drzwi wejsciowych, do tych na patio i plakal. Caly czas czail sie gdzies pod drzwiami i trzeba bylo pilnowac, zeby nie zwial na zewnatrz. Kolnierz nie byl dla niego przeszkoda, bo bardzo szybko opanowal poruszanie sie w nim. A my ciegle  musielismy uwazac i odpychac kota od drzwi. 

I jeszcze jedna niepokojaca sprawa, zauwazylam ostatnio, ze duzo pije, duzo wiecej niz zwykle … i sika, tez duzo wiecej … Zaczelo sie to juz przed naszym wyjazdem, a moze nawet wczesniej, tylko wtedy nie bylam pewna ktory to, ale wtedy jeszcze myslalam, ze moze to przejsciowe, bo czasem juz tak bywalo, ze wody wiecej z kubka ubywalo … Taraz ewidentnie widze, ze to on i widze go jak pije … duzo pije ….

Decyzje podjelam juz w pierwszym tygodniu maja. 

Powiedzialam sobie wtedy, ze nie bedzie rentgena i nie bedzie operacji. A kiedy przyjdzie ten czas, ze glukozamina i srodek przecwbolowy nie beda pomagac, to sie pozegnamy, a do tego czasu bedziemy sie cieszyc kazdym dniem ktory nam pozostal. Decyzja ta byla dla mnie bardzo trudna, naprawde bardzo trudna.

A teraz od poiedzialku Miniek wychodzi tylko na patio, albo lezy w kuchni na pudle z kocimi puszkami, czy na gorze na kociej macie. Jak czeka na miche, to nie siada tylko krazy wkolo moich nog, albo sie kladzie. Bardzo ostroznie stawia tylne nogi i bywa, ze sie chwieje. Pierwsze myslalam, ze to jakis gorszy dzien, a zazwyczaj wtedy daje moim kotom swiety spokoj, ale wychodzi na to, ze jednak nie …. Od poniedzialku jest na pelnej dawce srodka przciwbolowego, a dzisiaj jak sie nad nim pochylilam i glaskalam i przylozylam do niego ucho (bo nadal nie slysze dobrze), to nie mruczal … A wczoraj jak chcialam sprawdzic, czy sie nie myle w swoich obserwacjach i przejechalam mu palcami, po obu udach, to uderzyl mnie zebami w reke …

Jutro, jak Gandalf przyjdzie z pracy, pojdziemy do weta … 

Smutno mi … Bardzo mi smutno ….


31. POWTORKA Z ROZRYWKI …

Wracam do zywych. Powiedzmy, ze jestem juz prawie zdrowa … chociaz jakos dziwnie, sil mi brak.

Mialo byc o podrozy, o pobycie w Polsce, o weselu, a nawet o paskudnym chorobsku, ale bedzie o kocie …

Zaczelo sie jakos dwa tygodnie temu, w czasie kiedy chorobsko zamienilo mnie w gluche zombi. Nie mialam juz sily siedziec w fotelu i chcialam sie wczesniej polozyc do lozka. Minio przyszedl do domu, dalam mu miche, ale Rufusa nie bylo … Powiedzialam Gandalfowi, zeby poszedl go poszukac, powolac, bo nie ma go w domu od poludnia, a to troche dlugo … Poszedl. Niestety, kot debil sie nie objawil.

Rano, kiedy otworzylam drzwi na patio, nie wiadomo skad, pojawila sie zguba. Nie wiem, czy wpuscila go Mira jak wychodzila do pracy, czy byl na patio i czekal …. Nie wiem, nieprzytomna bylam.

Nastepnego wieczora, poprostu zamknelam drzwi na patio jak wrocil i wcale nie przejmowalam sie tym, ze do dziewiatej bylo jeszcze sporo czasu. Kot protestowal, ale mogl drzec ryja do woli, dzwieki do mnie nie docieraly. Niestety, potem z dnia na dzien, bylo coraz gorzej. 

Moje chorobsko zaczelo laskawie troche odpuszczac, wiec wiecej do mnie docieralo, wizualnie, bo dziwekowo nietety panowala cisza. Pierwsze zauwazylam, ze kot ma brzuch, jak dobrze napompowany balon, a to zazwyczaj oznacza tylko jedno, ze chodzi do kogos na chrupki. Po drugie, futrzak zdecydowanie odmawial, jedzenia tego co nakladalam do miski. Patrzyl na jej zawartosc, wachal, po czym wstawal i szedl pod drzwi, zadajac wypuszczenia, dajac mi tym sposobem do zrozumienia, ze on idzie tam gdzie “lepiej” karmia. 

Niestety, po kilku dniach takiej “lepszej” diety, kot debil dostal sraczki.

I tu taka mala dygresja: Uwazam, ze do tych wszystkich, kocich i psich chrupek, jest dodawany jakis uzalezniacz. Rufus byl wychoany za kociaka na najtanszych chrupkach i puszkach z Biedronki i nie, nie ja mu to zrobilam, bo kiedy do mnie trafil mial rok. Ja nauczylam go jest mieso i dawalam mu troche lepsze jakosciowo chrupki oraz puszki. U mnie chrupki, byly zawsze tylko jako dodatek, ale codziennie troche ich dostawal, z czasem coraz mniej. Od stycznia ubieglego roku, w moim domu nie ma chrupek, ale kot pamieta, ze byly i ma nadzieje. Od czasu do czasu prowadzi mnie pod drzwi szafy, ociera sie o nogi, pomialkuje i wpatruje sie w uchwyt, bo pamieta, ze tam stal worek z jego ulubionym zarciem. Ja doskonale zdaje sobie sprawe z tego, ze jak kots mu nasypie jakie kolwiek chrupki, to on rzuci sie na nie jak narkoman na glodzie. Bedzie tam tez wracal z uporem uzaleznionego maniaka i bedzie mamil delikwenta spojrzeniem, ala kot ze Szreka.  Koniec dygresji.

Po ostaniej chorobie Rufusa, troche sie nakombinowalam, zeby dojsc do tego, jaka dieta najbardziej mu sluzy. Teraz dostaje puszki Feringa i surowe mieso. Jesc dostaje trzy razy dziennie i do kazdego posilku dolewam mu wody, okolo 40 mililitrow i wtedy jest OK i kot sika i czuje sie dobrze. Niestety suche zarcie powoduje tylko same problemy. Wiosna jak gdzies nazal sie chrupek, to siku nie bylo i nie chcial nic jesc, przez dwa dni podawalam mu wode strzykawka, duzo wody i wszystko wrocilo do normy. 

Teraz, w sumie to trzy noce spedzil u kogos (nie jedna po drugiej, bo robil sobie odstepy), a ten ktos sie dobrze bawil, a ja mialam sprzatanie i kurwice, jak bym zlapala to bebechy bym wyprula, temu komus, nie kotu.

Nie wiem, moze to znowu Rashid, bo Rufus czasem tam lazi, wiem to po zapachu pachnidla, ktorym potem jest przesiakniety, a moze to ktos inny. Niestety kocisko uparcie milczy w tej kwesti i tajemnicy nie zamierza wyjawic.

W niedziele strasznie sie wscieklam, bo sobie go juz zamknelam w domu, a Gandalf wchodzac do salonu z patio, zamiast patrzyc z czego zyje, gapil sie w telefon i mi go wypuscil. Pobiegl potem na zewnatrz, ale po zwierzu juz ani slad nie pozostal. Powiedzialam mu zeby poszedl do Rashida i powiedzial mu co i jak, bo ja jak glucha to se nie pogadam, ale on nie poszedl.

W poniedzialek zrobilam kotu areszt domowy, zeby sraczke wyleczyc, ale we wtorek mi zwial …

W srode stwierdzilam, ze nie bede czekac az mi sie uszy odetkaja, bo do tego czasu kot mi sie od sasiedzkiej dobroi wykonczy i zastosuje sposob ktory raz juz sie sprawdzil. Odnalazlam obroze, ktora kiedys tam kupilam i dorobilam do niej piekne biale koleczko, na ktorym zamiescilam odpowiednie informacje. Rufus znowu dostal medal.


Kotos moze zapytac, dlaczego wogole wypuszczam starego, chorego kota, a nawet dwa, na zewnatrz i czy sie nie boje. Tak boje sie, boje sie, ze moze mu sie cos stac, a najbardziej boje sie tego, ze moze gdzies tam np w jakichs krzakach, zlec i cierpiec, a ja nie bede wiedziec gdzie on jest i nie bede mogla mu pomoc. Niestety prawda jest taka, ze aby nie wypuszczac kotow na zewnatrz, musiala bym je zamknac w salonie i nie otwierac wtedy drzwi na patio, albo zamknac je w mojej sypialni. W mieszkaniu ktore wynajmujemy, niestety nie ma czegos takiego jak przedpokoj. Drzwi wejsciowe otwieraja sie w strone schodow, ktore sa po lewej stronie i po lewej stronie sa rowniez drzwi do salonu, a na przeciw wejscia jest kuchnia. Problemem tez sa okna, ktore otwieraja sie na zewnatrz i maja plastikowe ramy. Gdyby to bylo moje mieszkanie, to mogla bym sobie kombinowac, zabezpieczyla bym wtedy patio tak zeby koty nie mogly z niego wyjsc, ale niestety my je tylko wynajmujemy i wyzej dupy nie podskocze. Zreszta teraz jak Rufus mial sraczke i zrobilam mu areszt domowy, to pokazal mi dobitnie na co go bedzie stac jak nie bedzie mogl wyjsc, szczegolnie teraz jak jest cieplo. Siedzialam sobie na fotelu i widzialam, ja Rufus w ktorym juz wscieklosc buzowala, poprostu zaatakowal Minka, a jest to kot ktory zazwyczaj jest ulegly i schodzi  z drogi jak Minowi cos nie pasuje. Byl tak wsciekly, ze nawet go nie dotykalam, bo pewnie i mi by sie oberwalo, tylko odepchnelam go noga i wypuscilam Minka na zewnatrz, zeby je rozdzielic.

Co prawda chodzi mi po glowie pomysl zabezpieczenia patio, ale nie wiem co z tego wyniknie, zawsze mozna by to zdemontowac w razie W.

Narazie jest jak jest i Rufus znowu nosi medal i najwazniejsze jest to, ze to dziala. Juz w srode wieczorem, kotecek grzecznie siedzial sobie przed domem, razem z Minkiem i normalnie spal w salonie jak kazdej nocy. Rano w czwartek zazadal sniadania i je zjadl. 

A tak na marginesie, to wkurwiaja mnie ludzie ktorzy karmia nie swoje zwierzeta. Rufus wyglada dobrze, nie wyglada na zglodzonego, futro ma ladne i blyszczace, przyjemne w dotyku, tak nie wygladaja bezdomne koty. I do cholery, jak ktos odczuwa potrzebe karmienia jakichs kotow, to w schroniskach jest ich wystarczajaco duzo i mozna ta potrzebe zaspokoic tak, ze bokami im wyjdzie. Ja osobiscie nie karmie cudzych zwierzakow, a nawet ich nie dotykam, a na schronisko daje co miesiac dyche.


30. PRZED PODROZA …

Jest po 20-stej, gdzie tam do trzeciej …

Jestem spakowana, a wlasciwie to bylam juz wczoraj, dzisiaj tylko dopielam to na ostatni guzik. Zanim sie poloze, zeby troche polezec przed podroza, zniose swoja walizke i inne takie na dol. Naszczepki zielistki dla corki i stroczyk dla Eli stoja na kuchennym blacie. Do lodowki samochodowej trafily nasze kanapki i owoce i kombucza dla corki, oraz woda dla mnie i jakies napoje dla Gandalfa.

Zostalam wprowadzona w blad, prom mamy o 6-tej, a nie o 4-tej … Hummm, a dzisiaj uslyszalam: “ja? Nie, wprowadzilem cie w blad …”

O 2-giej trzeba wstac, bo jak czlowiek rozbudzi sie w srodku nocy, to reakcje ma spowolnione, wszystko dociera do niego wolniej ….  A bagaze trzeba wniesc do samochodu i chyba kawe zrobie. Na promie nie maja takiej jak lubie, a potem po drodze tez nie. We Francji chyba nie pilismy, w Belgi kiedys tak, byla okropna, w Niemczech niespecjalna. My lubimy Coste, a po drodze w serwisach nie trafilismy … Mnie kawa nie pobudza, ale lubie jej smak, a jak mam pic taka sobie, to moge sie obejsc bez niej, nie lubie sobie psuc smaku.

Ciesze sie na ten wyjazd, na slub brata, bo on sie tak bardzo cieszy, na spotkania z corka, Psota, siostra, bratem i jago Sylwia, oraz Ela.

Ta ostatnia mnie zaskoczyla, pod jakims moim postem na fejsie zapytala ot tak: “ nie masz przypadkiem naszczepki kwitnacego storczyka, ?”. Nie maialm i nie mam, ale pomyslalam sobie, ze w sumie to mogla bym jej dac jeden z moich trzech, bo mam wszystkie w jednym kolorze, a w to miejsce kupic sobie np zolty, zawsze chcialam, ale miejsca nie mam. A potem dostalam wiadomosc: “ a wloczke chcesz?”  i jeszcze jedna: “to bedziemy mialy pretekst, zeby napewno sie spotkac”. Fajnie ciesze sie. W sumie to dziwna jest ta nasza znajomosc, pierwsze czytalam jej bloga “Ecodzien”, byla wymiana komentarzy, potem zaproszenie na fejsie do grona znajomych. A kiedys tam napisalam, ze jade do Polski, to padla propzycja przelamnaia internetowej znajomosci. Przez te wszystkie lata, bosz nawet nie pamietam ile to … spotkalysmy sie moze 3, moze 4 razy, a ja czuje sie jakbym znala ja cale wieki … Hummm …nie ogarniam tego, nie potrafie tego nazwac, ale lubie ja bardzo, jest taka bardzo naturalna, taka prawdziwa, nie ma w niej falszu, czuc od niej takie wewnetrzne cieplo … I sie ciesze i wioze ten pretekst dla niej i mysle, ze bedzie jej kwitl rownie pieknie ja mi dotychczas, a moze nawet piekniej. I ciekawa jestem tej wloczki, bo nawet nie wiem jaki ma kolor …

Gandalf ma wielkie plany, chce sie spotkac z siostra, ktorej cale wieki nie widzail i pewnie z bratem, ja go nie lubie i nie chce mi sie do niego isc. Pewnie bedzie chcial odwiedzic Pawla. Ciekawa jestem czy dal znac synowi, ze bedzie w Bielsku, przypominalam, ale … Uwazam, ze to nie fer  w stosunku do niego, zawiadamac go z drogi, mysle tez, ze powinien poznac wnuka, maly jakos roczek bedzie mial …

Ciesze sie a jednoczesnie mam obawy, jak zwykle zreszta, przed kazda podroza. Tylko, ze teraz chodzi o moich chlopakow, Krzysiek bedzie je karmil jak zwykle i podawal leki, teraz nie tylko Rufusowi. Kiedys jak byly mlodsze, to trzeba bylo pamietac tylko o Rufusowych lekach na astme, a teraz to mam w domu kocia geriatrie. Juz nie mozna ich tak wypuszczac na zewnatrz, jak kiedys i trzeba pilnowac zeby kazdy zjadl swoja porcje, bo zarcie jest reglamentowane, dla Minka. Minek zawsze kradl Rufusowi albo dojadal po nim, a terz nie moze przytyc. Jestem dobrej mysli, ale w tyle glowy tkwi ten co zawsze … czarnowidz pieprzony, ktory ciagle, nawet jak jest dobrze, cos tam szepce i straszy: “ a bo wiesz, zawsze moze sie cos …”

Ciekawe jest to, ze przed tym wyjazdem nie wlaczyl mi sie “szwendacz poszukiwacz”, czyli nie mialam napadow kompulsywnego obzerania sie, jak ja tego nie nawidze … Czlowiek ciagle otwiera lodowke i czegos szuka i zazwyczaj znajduje, albo kroi kromke chleba i choc by sucha … Fuj, nie znosze tego, ale nie potrafie nad tym zapanowac, a teraz ot tak, poprostu sie nie wlaczylo …  Tylko zezarlam dwa, z czterech ciasteczek, ktore lezaly na talerzyku, a ktore Mira upiekla, byly pyszne, czekoladowo – czekoladowe, ale poczulam sie po nich zle, bo ja od jakiegos czasu unikam slodyczy …. A jeszcze dziwniejsze jest to, ze jestem spokojna, jakby to byl zwykly dzien, jak co dzien, no prawie, ale podoba mi sie to, ten stan.

Dobra, czekam … Moze jeszcze poczytam, pochodze po ulicach Derry, rozgladajac sie ze strachem, czy nie czai sie gdzies TO …

A potem pojde sie polozyc, zeby chociaz polezec, a moze jednak uda mi sie zasnac i przespac troche …. To bylo by jeszcze dziwniejsze ….

A o 2-giej pobydka … a o 3-ciej wyjazd … musimy tam byc 45min wczesniej ….

29. W POLSCE, NIE BEDE ZEZOWATA NA JEDNO UCHO …

W wielka niedzile, jak jechalismy do Markow, zepsul mi sie aparat sluchowy, a dokladnie to odmowil wspolpracy ten, na prawe ucho. Pierwsze myslalam, ze to moze jednak bateria, chociaz dopiero co ja zmienilam, wiec przelozylam ja do lewego i wszystko gralo. Schowalam zbuntowane ustrostwo do pudeleczka i zostalam zezowata na jedno ucho.

Baterie i obsuge aparatu, czyli wszelkie naprawy, mam za darmo, tylko trzeba pojsc do szpitala, do punktu obslugi. Kiedy skoncza mi sie baterie, to poprostu jade tam, oddaje opakowania ze zuzytymi i dostaje nowe, a pani w mojej ksiazeczce dokonuje stosownego wpisu i to wszystko. A kiedy cos by mi w aparacie nie dzialalo, to nalezy tam zadzwonic i umowic sie na wizyte. Jeszcze nigdy nie musialam, az do teraz. Troche czasu mi zeszlo, bo nie chcialo mi sie tam jechac, az jakos pod koniec maja, poprosilam Krzyska zeby mi tam zadzwonil i dupa. Zadzwonil, ale mogl se pogadac z automatem, ktory informowal, zeby sie nagrac, albo zeby wyslac maila. Nie lubie gadac z automatami i nie cierpie sie nagrywac, a potem co … w odpowiedzi dostane wiadomosc glosowa, a tego poprostu nienawidze. Szukalam maila na stronie szpitala, ale jakos nie udalo mi sie go znalezc, znalazlam cos, ale to byly chyba jekies maile wewnertrzne, ichnie szpitalne, bo jedyna odpowiedz jaka dostalam, to bylo, ze nie ma takiego adresu … Nie pozostawalo nic innego jak ruszyc dupe i poprostu tam pojechac, a to jednak troche daleko, bo dotarcie do tam, metrem, zajmuje nie cala godzine.

W koncu, w poniedzialek ruszylam dupe. Musialam chwile poczekac, bo przy okienku jakas stasza pani zastanawiala sie, czy chce appointment na wtorek, czy … ostatecznie zdecydowala sie na srode. Ja nad niczym sie nie zastanawialam, babka zapytala czy moge przyjsc jutro na 10-ta. Moglam. Wydrukowala mi moj appointment. Juz jak znowu siedzialam w metrze, postanowilam, ze przesiade sie na Stockwell, z Northern na Viktorie i podjade na Brixton, zeby kupic sobie olej kokosowy, cynamon w laskach i buraki, a po zakupach wroce do domu autobusem. Zazwyczaj chodze na Brixton pieszo, tam i spowrotem, ale w ten poniedzialek lalo od rana.

We wtorek rano, o 9-tej wyszlam z domu, zeby byc tam troche wczesniej. Zameldowalam sie w okienku od wymiany bateri i poszlam usiasc na krzesle. Jeszcze dobrze sie nie rozsiadlam, jak wyszla z gabinetu mloda dziewczyna i zawolala moje imie … Malo co nie przegapilam tego faktu. Ona zawolala jakies imie, a ja jakos nie zwrocilam na to uwagi, ale nikt nie wstawal i kiedy powtorzyla, to ja dopiero zaskoczylam, ze to o mnie chodzi … Predko poderwalam zadek z krzesla i powiedzialam: “Malgorzata? Is me”. W gabinecie Pani poprosila zebym usiadla i zapytala jaki mam problem. Podalam jej moj prawy aparat i powiedzialam, ze nie dziala, ze wymienilam baterie i dalej nie dziala. Wziela szczypce, czy cazki i wyciagnela wezk ze sluchawka, potem jeszcze wyciagnela ta plastikowa czesc do ktorej wlkada sie wezyk i obie te czesci zalozyla nowe, nastepnie poprosila obym jej podala moj lewy aparat i zrobila to samo, a potem polecila, zalozyc na uszy i zapytala czy lepiej slychac. Tak, bylo lepiej. Popatrzyla w komputer i powiedziala mi, ze mam aparat juz 3 lata, a ta czesc laczaca wezyk z aparatem, nalezy wymieniac co pol roku. Podziekowalam, pozegnalam sie i wyszlam.

Hummm, zaczelam sie zastanawiac, czy ta babka ktora kalibrowala mi aparat trzy lata temu, to czy ona mi o tym powiedziala … nie wiem. Mowila duzo i szybko. Powiedziala mi i pokazala jak czyscic wezyk i jak go wymieniac. Powiedziala tez kilka innych rzeczy, ale nie pamietam czy mowila o tym akurat, moze tak, a moze nie, a moze poprostu mi to umknelo … W sumie to i tak teraz nie wazne, najwazniejsze jest to, ze aparat dziala i jak pojedziemy do Polski, to nie bede zezowata na jedno ucho.

A w metrze znowu wpadlam na genialny pomysl, ze jak nim jade to wysiade dopiero na Tooting Back i tym sposobem nie bede musiala tam jechac specjanie. A tam udalam sie do Primark’u. Mialam nadzieje na to, ze moze trafie jakis satnik, ale niestety nic interesujacego nie znalazlam, bo wszystkie byly wypchane gabka, a ja z wielkosci moich cyckow jestem zadowolona. Za to kupilam sobie dwie pary gacio-leginsow i dwie pary japonek. Do domu wrocilam autobusem.

A do Polski jedziemy juz w srode 19-go, na slub mojego brata, ktory bedzie w sobote 22-go. Jedziemy samochodem i w zasadzie to sie zastanawiam czy to bedzie jeszcze wtorek, czy juz sroda, bo prom mamy na czwarta rano, wiec z domu musimy wyjechac gdzies o drugiej. Cholera jeszcze nigdy nie jechalam do Polski o takiej zabujczej porze. Miala z nami jechac wnuczka, ale znalazla prace, wiec jedziemy sami. Gandalf wykupil nam hotel po drodze, w Dreznie, wiec bedziemy spac w lozkach, jak ludzie i zjemy tam sniadanie i bardzo dobrze. Do tej pory jak jechalismy do Polski, to robilismy postuj, na 3 – 4 godziny i spalismy w aucie, ale to juz nie te lata, jestesmy coraz starsi i tak juz sie poprostu nie da.

Juz sie nie moge doczekac, w czwartek obiad zjem u Psoty. I z Ela sie umowilam, a na dodatek musimy sie spotkac, bo mamy do tego stosowny pretekst.

A jutro, jak wszyscy pojda do pracy, spakuje sie na spokojnie.

28. A TYDZIEN TEMU, MIALAM FAJNY PIATEK …

Zaczelo sie od tego, ze 3 maja dostalam wiadomosc na fejsie, od starszej siostrzenicy: “Hej jesteś w domu 07.06? Mogę przyjść w odwiedziny?”, na co jej ospisalam: “Pewnie tak, bo do Polski wybieram sie troche pozniej.”  Potem jeszcze sie dopytalam czy bedzie sama, czy moze z rodzina. Okazalo sie, ze umowila sie z kolezankami na weekend, a przy okazji chciala by i nas odwiedzic, to przyleci dzien wczesniej.

Przed przyjazdem Kaski, odsprzatalam troche chalupe, tyle, na ile pozwolila moja zwichrowana raczka. A w piatek rano zrobilam makaron z tunczykiem, na obiad. Jakos w trakcie moich zmagan kuchennych, przyszla wiadomosc od Kaski, na messenger, ze wyladowala i jedzie na Clapham Juncton i zebym jej podala numer telefonu. A potem jeszcze jedna, ze juz czeka na autobus 345. Akurat jak skonczylam pichcenie i starlam blaty, zadzwonil telefon, Kaska pytala jak ma do nas dojsc, bo ona juz jest. Wyszlam przed dom, na droge, ale na przytanku jej nie bylo i raczej nie dziwne, bo z bagazem nie lazla by przez mokry trawnik, w deszczu i nie skakala by, z morku na dol. Odwrocilam sie w prawo i zobaczylam jak idzie z wielgasna, rozowa waliza. Przywitalysmy sie i weszly do domu.

Na moje pytanie, czy chce kawe, herbate, czy moze pierwsze wode, odpowiedziala, ze najchetniej napije sie kawy i ucieszyla sie, zreszta ja tez, ze pijemy ta sama i nawet obie parzymy ja w imbryczku. Przy kawie pogadalysmy troche o tym i o tamtym.

A jak zapytala o koty, to od razu pojawil sie Rufus, bo przeciez on zawsze musi byc w centrum uwagi i takiej atrakcji, jak gosc w domu, nie mogl by przepuscic.

Kaska przywiozla mi dwa obrazy, z tych ktore malowala moja mama, bo okazalo sie, ze ma podwojne. A ja upieklam jej dwa chleby, ucieszyla sie i powiedziala, ze sobie zamrozi i napewno bedzie go jadla. Niestety ani jej maz, ani dzieci nie moga cieszyc sie jego smakiem, bo cala trojka ma jakies problemy z przyswajaniem glutenu, a moj chleb jest na zytnim zakwasie.

Po kawie poszlysmy na gore, pokazalm jej nasza sypialnie i obrazy babci, oraz moje storczyki. I nawet Miniek zszedl z lozka i sie z Kaska przywital, co u niego jest niebywale, bo on nie lubi obcych i zawierania nowych znajomosci.

Kaska chciala odwiedzic jakies muzeum i zrobic zakupy w jakims Primark’u i to jej pozostawilam wybor w tej kwesti, zaznaczylam tylko, ze ja pierwsze musze odebrac leki dla kotow, u weta  i doladowac oyster.

Zjadlysmy makaron i wyszlysmy. W lecznicy troche sie zakrecilam, bo byla nowa babka w recepcji i jakos nie moglam ogarnac, co ona do mnie mowi, ale po chwli zaskoczylam, ze tlumaczy mi, ze mam przyjsc z Rufusem na co ploroczna wizyte i teraz, da mi tylko dwie tabletki, a potem dostane reszte. OK, zapisalam sie na na poniedzialek, a potem przebieglysmy na druga strone ulicy i w sklepiku, gdzie mydlo i powidlo doladowalam oyster.

Kaska patrzyla w mapy na telefonie i prowadzila … W muzeum nie zabawilysmy dlugo, od razu skierowalysmy sie na dzial egipski, zeby mumie poogladac. Wyszlysmy innym wyjsciem. Usiadlysmy w ogrodku przy jakiejs knajpce i Kaska postawila po lampce wina i nawet aura w tym momencie byla dla nas laskawa, bo przestalo padac. A potem, troche sie zakrecilysmy, zanim dotarlysmy do sklepu. W Primark’u, spedzilysmy duzo wiecej czasu, niz w muzeum. Ja znalazlam dwie pary gaci, czy leginsow, zwal jak zwal i paczke skarpetek z kocimi motywami. Kaska nabrala szmat cala kupe, troche dla siebie, cos dla dzieciakow i poszla do przymierzalni z sukienkami, a potem troche tego balastu zostawila przy kasie. Z nia to moge robic zakupy, nie ma zbednego ogladania, macania, zastanawiania sie, ladne, albo nie, rozmiar dobry, za duze moze byc, Sonja dorosnie,  a to za male to nie, o koszulka na Fredka fajna, troche za duza dobra, sandalki fajne, ale czy dobre … nie ma co, buty trzeba przymerzyc, bo dzieci szybko rosna. Szast, prast idziemy do kasy. Zadowlona byla z zakopow, bo ciuszki ladne i 3 razy taniej niz w Norwegi. Z nia to ja moge i do muzeum i na zakupy.

Ze sklepu pojechalysmy do domu, a tam juz czekal na nas Gandalf. Przywitali sie Kaska z wujkiem, wujek z Kaska …. A kiedy oni sie widzieli ostatni raz … ? Ja tego nie pamietam. Ja z Kaska spotkalam sie ostatnio 4 lata temu, we wrzesniu, na pogrzebie mojej mamy.

Chwile jeszcze pogadalismy w domu, a potem wsiedlismy do samochodu i odwiezlismy naszego goscia do hotelu, mogla spac i u nas, ale stwierdzila, ze tak bedzie jej wygodniej. Mysle, ze miala racje, bo przyjechala odpoczac troche od dzieci, marzyla o tym, zeby usiasc z lampka wina i spokojnie gazety poczytac i zabrala ich ze soba caly plik. A gdyby zostala na noc u nas, to owszem wino by sie znalazlo, ale o czytaniu gazet mogla by zapomniec i o spokojnym wiczorze w samotnosci rowniez.

Kaska jest bardzo bezposrednia i za to ja lubie. U niej nie ma owijania w bawelne, albo kogos lubi, albo nie, u niej nie ma obgadywania za plecami, jak ma cos do kogos to mowi mu to wprost i nie robi niczego na pokaz, bo tak wypada. Lubie takich ludzi, bo relacje z nimi sa latwe i proste, czlowiek nie musi caly czas myslec o tym, co i jak mowi i wie, ze nic z tego co powiedzial nie zostanie opacznie zrozumiane i wykozystane przeciwko niemu.

Jeszcze zanim przyjechala, chodzil mi po glowie taki jeden pomysl, ale to cala historia: Marek nie raz narzeka, ze nikt z rodziny nie utrzymuje z nim kontaktu i to prawda, bo dzwoni do niego tylko wujek, czyli moj brat i siostra, czyli Magda. A kiedy mowimy mu, ze sam moze zrobic pierwszy krok, to sie unosi i komunikuje nam ostro: “jak ktos chce sie ze mna skontaktowac, to niech sobie poszuka mnie w internecie, tam jest wszystko i numer telefonu i adres”. Kiedy Kaska wyslala do mnie waidomosc z zapytaniem, czy moze nas odwiedzic, poinformowalam Marka, ze jego kuzynka bedzie w Londynie. Odpowiedzial mi jak zwykle, ze mozna go znlezc w internecie …. Nie drazylam tematu. A kiedy w rozmowie Kaska zapytala o kuzyna, powiedzialam krotko, ze mieszka ze swoja Dorota i zajmuje sie handlem na ebay i o tym jak to ciagle powtarza, ze jak ktos chce, sie z nim …. Co Kaska podsumowala krotko, no i slusznie, kazdy robi jak chce.

Kiedy jadlysmy z Kaska obiad, to w tym czasie gadalysmy z Magda przez messenger, przez moj telefon. A kiedy skonczylysmy jesc, wynioslam talerze do kuchni i pobieglam na gore sie przebrac, zabrac kurtke i torebke. Jak zeszlam na dol, Kaska dalej gadala, ale juz nie z Magda … Nagle powiedziala: “to dobra Marek, to ja juz koncze, bo my wychodzimy i musze sie ubrac, pa” i wlozyla mi telefon do reki mowiac: “ciocia masz tu Marka”. Troche bylam zdziwona, bo jak to Marek zadzwonil akurat teraz … Zamienilam z synem kilka zdan, ale kiedy wyszlysmy na zewnatrz to okazalo sie, ze leje, wiec powiedzialam jak jest i ze musze schowac telefon do torebki i zakonczylam rozmowe. Ciekawosc mnie zzerala, wiec zapytalam Kaske, czy to Marek zadzwonil, na co ona mi odpowiedziala: ”nie to ja, bo wiesz jak Magda sie rozlaczyla, to mialas na telefonie niezamknieta strone z ostatnio wybieranymi numerami, a na pierwszej pozycji byl MAREK, no to zadzwonilam”. Smiejac sie, powiedzialam je o tym, ze myslalam zeby jej wlasnie to zaproponowac.

Mila to byla wizyta i gosc mily, a teraz ciekawa jestem, kiedy znowu sie spotkamy.

27.DOM CONSABLE’A, TECZA I KWIATY.

Bedzie dlugo i duzo, duzo zdjec. W zdjecia nalezy kliknac zeby je powiekszyc.

Gandalf chcial zrobic troche porzadku na patio, wiec w ta niedziele zostalismy w domu. Troche mi bylo szkoda, bo pogoda byla ladna i sloneczna, ale coz.

Za to w poprzednia niedziele, bylismy na wycieczce w pewnym ladnym miejscu, ktore my juz wczesniej widzielismy i teraz chcialam je pokazac Markom.

Trafilismy tam 4 lata temu, tez w czerwcu, za sparawa gwozdziarki, ktora Gamdalf kupil sobie na ebay. Gwozdziarka ta, a wlasciwie dwie, byla z odbiorem osobistym. Pojechalismy wiec to odebrac i od faceta ktory to sprzedawal, dowiedzielismy sie o tym miejscu, bo mieszkal on, mozna powiedziec po sasiedzku.

Chcielismy ich porwac od razu do samochodu, ale Dorota powiedziala, ze pierwsze obiad. Jak to mowia, nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, bo jadlam bardzo dobre kotlety z kurczaka, z pieczarkami i zoltym serem, nie wpadlam na to, ze tak mozna, a teraz juz wiem i nie zawacham sie tez takich sobie zrobic. Kompromis byl z obu stron, bo my zaczekalismy na obiad, a Dorota pojechala z nami chociaz nie czula sie najlepiej.

Wyszlismy z domu na tyly budynku i tam na rogu pod murem, zobaczylam takie czerwone cudo i nie moglam sie powstrzymac, a potem udalismy sie w droge do …

Po dotarciu na miejsce, zaplacilismy za parking i poszlismy droga w dol. Naprzeciw wejscia do ogrodu jak z bajki, na klombie zobaczylam moje ukochane margaretki i nie moglam sie powstrzymac …

A potem, juz w ogrodzie zachwycalismy sie kwiatami i innymi roslinami. Byly tam tez poidelka dla pszczol, domki dla owadow, drewniane rzezby np pajaka, czy jeza i wiele innych ciekawych rzeczy … Fantastyczne miejsce dla malych i duzych.

Po wyjsciu z ogrodu, poszlismy dalej, czyli w strone domu slawnego angielskiego malarza. Tak do konca to nie jestem pewna, czy John Constabe mieszkal w tym domu, ale na pewno mieszkal w tym miejscu i tutaj, oraz w okolicy malowal swoje pejzaze

Dom jest maly i taka ciekawostka, ktora opowiedziala nam pani jak bylismy tam pierszy raz, 4 lata temu, mieszkaly w nim dwie rodziny, kazda z szesciorgiem dzieci … W domu jest muzeum, a w bydynku za nim jest sklep z pamiatkami i kawiarnia, z ogrodkiem na zewnatrz.

Ponizej kilka zdjec eksponatow, zanajdujacych sie w domu.

Z domu poszlismy w kierunku mlyna, ktory znajduje sie w tym miejscu. A znajdue sie on w  tym budynku z czerwonej cegly. Jednym z wlascicieli tego mlyna byl ojciec John’a Canstable’a, a schede po nim przejal mlodszy brat malarza, poniewaz on nie byl zainteresowany prowadzeniem gospodarstwa.

A potem spotkalismy piekny dab, jakiego jeszcze nie widzialam, nie mial on zaoledzi, tylko chyba, szyszki … Nie jestem pewna, nie wiem, nie znam sie … I bylo tam drzewo ktore na nas patrzylo 😉

Jak wracalismy od mlyna, poszlismy jeszcze za dom, bo tam jest staw, a wlasciwie to rzeka, a na niej sa jakies przegrody, tamy czy cos, nie wiem co zacz, ale wydaje mi sie, ze te wszystkie konstrukcje maja zwiazek z samym mlynem.

A kiedy szlismy juz w strone parkingu, to z pod plotu przy domu usmiechnely sie do mnie jeszcze takie cuda …

A w drodze powrotnej, zjechalismy do Chelmsford, w sumie to nawet nie wiem czy jest tam cos ciekawego. Zrobilismy tylko male koleczko i wrocilismy do samochodu, bo znowu zaczynalo deszczykiem straszyc, a i robilo sie coraz pochmurniej.

Pogoda zrobila nas troche w bambuko, bo pogodynka szalu co prawda nie zapowiadala, mialo byc cieplo, pochmurno, ale bez deszczu i to ostatnie niestety sie nie sprawdzilo. Kiedy bylismy w polowie drogi do Faltford, zaczelo padac, ale na szczescie nie byl to jakis duzy dzeszcz i kiedy dojechalismy na miejsce to ustal. Niestety jak szlismy w strone mlyna znowu zaczelo padac. Tam mozna jeszcze pojsc za zabudowania i zobaczyc okoliczne pola, bylismy tam za pierszym razem, ale ostatniej niedzieli zrezygnowalismy z tej atrakcji.

Mysle, ze Dorocie i Markowi tez sie wycieczka podobala.

Po wycieczce wrocilismy do Markow, Dorota podala kolacje. Posiedzielismy jeszcze troche u nich i w tym czasie na niebie pokazala sie tecza.

Dostalam tez piekny bukiet na Dzien Matki, ktory wypadal akurat w ta niedziele, z kwiatami w oblednym zoltym kolorze.

Bukiet stoi do dzisiaj i nadal cieszy moje oko.