28. A TYDZIEN TEMU, MIALAM FAJNY PIATEK …

Zaczelo sie od tego, ze 3 maja dostalam wiadomosc na fejsie, od starszej siostrzenicy: “Hej jesteś w domu 07.06? Mogę przyjść w odwiedziny?”, na co jej ospisalam: “Pewnie tak, bo do Polski wybieram sie troche pozniej.”  Potem jeszcze sie dopytalam czy bedzie sama, czy moze z rodzina. Okazalo sie, ze umowila sie z kolezankami na weekend, a przy okazji chciala by i nas odwiedzic, to przyleci dzien wczesniej.

Przed przyjazdem Kaski, odsprzatalam troche chalupe, tyle, na ile pozwolila moja zwichrowana raczka. A w piatek rano zrobilam makaron z tunczykiem, na obiad. Jakos w trakcie moich zmagan kuchennych, przyszla wiadomosc od Kaski, na messenger, ze wyladowala i jedzie na Clapham Juncton i zebym jej podala numer telefonu. A potem jeszcze jedna, ze juz czeka na autobus 345. Akurat jak skonczylam pichcenie i starlam blaty, zadzwonil telefon, Kaska pytala jak ma do nas dojsc, bo ona juz jest. Wyszlam przed dom, na droge, ale na przytanku jej nie bylo i raczej nie dziwne, bo z bagazem nie lazla by przez mokry trawnik, w deszczu i nie skakala by, z morku na dol. Odwrocilam sie w prawo i zobaczylam jak idzie z wielgasna, rozowa waliza. Przywitalysmy sie i weszly do domu.

Na moje pytanie, czy chce kawe, herbate, czy moze pierwsze wode, odpowiedziala, ze najchetniej napije sie kawy i ucieszyla sie, zreszta ja tez, ze pijemy ta sama i nawet obie parzymy ja w imbryczku. Przy kawie pogadalysmy troche o tym i o tamtym.

A jak zapytala o koty, to od razu pojawil sie Rufus, bo przeciez on zawsze musi byc w centrum uwagi i takiej atrakcji, jak gosc w domu, nie mogl by przepuscic.

Kaska przywiozla mi dwa obrazy, z tych ktore malowala moja mama, bo okazalo sie, ze ma podwojne. A ja upieklam jej dwa chleby, ucieszyla sie i powiedziala, ze sobie zamrozi i napewno bedzie go jadla. Niestety ani jej maz, ani dzieci nie moga cieszyc sie jego smakiem, bo cala trojka ma jakies problemy z przyswajaniem glutenu, a moj chleb jest na zytnim zakwasie.

Po kawie poszlysmy na gore, pokazalm jej nasza sypialnie i obrazy babci, oraz moje storczyki. I nawet Miniek zszedl z lozka i sie z Kaska przywital, co u niego jest niebywale, bo on nie lubi obcych i zawierania nowych znajomosci.

Kaska chciala odwiedzic jakies muzeum i zrobic zakupy w jakims Primark’u i to jej pozostawilam wybor w tej kwesti, zaznaczylam tylko, ze ja pierwsze musze odebrac leki dla kotow, u weta  i doladowac oyster.

Zjadlysmy makaron i wyszlysmy. W lecznicy troche sie zakrecilam, bo byla nowa babka w recepcji i jakos nie moglam ogarnac, co ona do mnie mowi, ale po chwli zaskoczylam, ze tlumaczy mi, ze mam przyjsc z Rufusem na co ploroczna wizyte i teraz, da mi tylko dwie tabletki, a potem dostane reszte. OK, zapisalam sie na na poniedzialek, a potem przebieglysmy na druga strone ulicy i w sklepiku, gdzie mydlo i powidlo doladowalam oyster.

Kaska patrzyla w mapy na telefonie i prowadzila … W muzeum nie zabawilysmy dlugo, od razu skierowalysmy sie na dzial egipski, zeby mumie poogladac. Wyszlysmy innym wyjsciem. Usiadlysmy w ogrodku przy jakiejs knajpce i Kaska postawila po lampce wina i nawet aura w tym momencie byla dla nas laskawa, bo przestalo padac. A potem, troche sie zakrecilysmy, zanim dotarlysmy do sklepu. W Primark’u, spedzilysmy duzo wiecej czasu, niz w muzeum. Ja znalazlam dwie pary gaci, czy leginsow, zwal jak zwal i paczke skarpetek z kocimi motywami. Kaska nabrala szmat cala kupe, troche dla siebie, cos dla dzieciakow i poszla do przymierzalni z sukienkami, a potem troche tego balastu zostawila przy kasie. Z nia to moge robic zakupy, nie ma zbednego ogladania, macania, zastanawiania sie, ladne, albo nie, rozmiar dobry, za duze moze byc, Sonja dorosnie,  a to za male to nie, o koszulka na Fredka fajna, troche za duza dobra, sandalki fajne, ale czy dobre … nie ma co, buty trzeba przymerzyc, bo dzieci szybko rosna. Szast, prast idziemy do kasy. Zadowlona byla z zakopow, bo ciuszki ladne i 3 razy taniej niz w Norwegi. Z nia to ja moge i do muzeum i na zakupy.

Ze sklepu pojechalysmy do domu, a tam juz czekal na nas Gandalf. Przywitali sie Kaska z wujkiem, wujek z Kaska …. A kiedy oni sie widzieli ostatni raz … ? Ja tego nie pamietam. Ja z Kaska spotkalam sie ostatnio 4 lata temu, we wrzesniu, na pogrzebie mojej mamy.

Chwile jeszcze pogadalismy w domu, a potem wsiedlismy do samochodu i odwiezlismy naszego goscia do hotelu, mogla spac i u nas, ale stwierdzila, ze tak bedzie jej wygodniej. Mysle, ze miala racje, bo przyjechala odpoczac troche od dzieci, marzyla o tym, zeby usiasc z lampka wina i spokojnie gazety poczytac i zabrala ich ze soba caly plik. A gdyby zostala na noc u nas, to owszem wino by sie znalazlo, ale o czytaniu gazet mogla by zapomniec i o spokojnym wiczorze w samotnosci rowniez.

Kaska jest bardzo bezposrednia i za to ja lubie. U niej nie ma owijania w bawelne, albo kogos lubi, albo nie, u niej nie ma obgadywania za plecami, jak ma cos do kogos to mowi mu to wprost i nie robi niczego na pokaz, bo tak wypada. Lubie takich ludzi, bo relacje z nimi sa latwe i proste, czlowiek nie musi caly czas myslec o tym, co i jak mowi i wie, ze nic z tego co powiedzial nie zostanie opacznie zrozumiane i wykozystane przeciwko niemu.

Jeszcze zanim przyjechala, chodzil mi po glowie taki jeden pomysl, ale to cala historia: Marek nie raz narzeka, ze nikt z rodziny nie utrzymuje z nim kontaktu i to prawda, bo dzwoni do niego tylko wujek, czyli moj brat i siostra, czyli Magda. A kiedy mowimy mu, ze sam moze zrobic pierwszy krok, to sie unosi i komunikuje nam ostro: “jak ktos chce sie ze mna skontaktowac, to niech sobie poszuka mnie w internecie, tam jest wszystko i numer telefonu i adres”. Kiedy Kaska wyslala do mnie waidomosc z zapytaniem, czy moze nas odwiedzic, poinformowalam Marka, ze jego kuzynka bedzie w Londynie. Odpowiedzial mi jak zwykle, ze mozna go znlezc w internecie …. Nie drazylam tematu. A kiedy w rozmowie Kaska zapytala o kuzyna, powiedzialam krotko, ze mieszka ze swoja Dorota i zajmuje sie handlem na ebay i o tym jak to ciagle powtarza, ze jak ktos chce, sie z nim …. Co Kaska podsumowala krotko, no i slusznie, kazdy robi jak chce.

Kiedy jadlysmy z Kaska obiad, to w tym czasie gadalysmy z Magda przez messenger, przez moj telefon. A kiedy skonczylysmy jesc, wynioslam talerze do kuchni i pobieglam na gore sie przebrac, zabrac kurtke i torebke. Jak zeszlam na dol, Kaska dalej gadala, ale juz nie z Magda … Nagle powiedziala: “to dobra Marek, to ja juz koncze, bo my wychodzimy i musze sie ubrac, pa” i wlozyla mi telefon do reki mowiac: “ciocia masz tu Marka”. Troche bylam zdziwona, bo jak to Marek zadzwonil akurat teraz … Zamienilam z synem kilka zdan, ale kiedy wyszlysmy na zewnatrz to okazalo sie, ze leje, wiec powiedzialam jak jest i ze musze schowac telefon do torebki i zakonczylam rozmowe. Ciekawosc mnie zzerala, wiec zapytalam Kaske, czy to Marek zadzwonil, na co ona mi odpowiedziala: ”nie to ja, bo wiesz jak Magda sie rozlaczyla, to mialas na telefonie niezamknieta strone z ostatnio wybieranymi numerami, a na pierwszej pozycji byl MAREK, no to zadzwonilam”. Smiejac sie, powiedzialam je o tym, ze myslalam zeby jej wlasnie to zaproponowac.

Mila to byla wizyta i gosc mily, a teraz ciekawa jestem, kiedy znowu sie spotkamy.

27.DOM CONSABLE’A, TECZA I KWIATY.

Bedzie dlugo i duzo, duzo zdjec. W zdjecia nalezy kliknac zeby je powiekszyc.

Gandalf chcial zrobic troche porzadku na patio, wiec w ta niedziele zostalismy w domu. Troche mi bylo szkoda, bo pogoda byla ladna i sloneczna, ale coz.

Za to w poprzednia niedziele, bylismy na wycieczce w pewnym ladnym miejscu, ktore my juz wczesniej widzielismy i teraz chcialam je pokazac Markom.

Trafilismy tam 4 lata temu, tez w czerwcu, za sparawa gwozdziarki, ktora Gamdalf kupil sobie na ebay. Gwozdziarka ta, a wlasciwie dwie, byla z odbiorem osobistym. Pojechalismy wiec to odebrac i od faceta ktory to sprzedawal, dowiedzielismy sie o tym miejscu, bo mieszkal on, mozna powiedziec po sasiedzku.

Chcielismy ich porwac od razu do samochodu, ale Dorota powiedziala, ze pierwsze obiad. Jak to mowia, nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, bo jadlam bardzo dobre kotlety z kurczaka, z pieczarkami i zoltym serem, nie wpadlam na to, ze tak mozna, a teraz juz wiem i nie zawacham sie tez takich sobie zrobic. Kompromis byl z obu stron, bo my zaczekalismy na obiad, a Dorota pojechala z nami chociaz nie czula sie najlepiej.

Wyszlismy z domu na tyly budynku i tam na rogu pod murem, zobaczylam takie czerwone cudo i nie moglam sie powstrzymac, a potem udalismy sie w droge do …

Po dotarciu na miejsce, zaplacilismy za parking i poszlismy droga w dol. Naprzeciw wejscia do ogrodu jak z bajki, na klombie zobaczylam moje ukochane margaretki i nie moglam sie powstrzymac …

A potem, juz w ogrodzie zachwycalismy sie kwiatami i innymi roslinami. Byly tam tez poidelka dla pszczol, domki dla owadow, drewniane rzezby np pajaka, czy jeza i wiele innych ciekawych rzeczy … Fantastyczne miejsce dla malych i duzych.

Po wyjsciu z ogrodu, poszlismy dalej, czyli w strone domu slawnego angielskiego malarza. Tak do konca to nie jestem pewna, czy John Constabe mieszkal w tym domu, ale na pewno mieszkal w tym miejscu i tutaj, oraz w okolicy malowal swoje pejzaze

Dom jest maly i taka ciekawostka, ktora opowiedziala nam pani jak bylismy tam pierszy raz, 4 lata temu, mieszkaly w nim dwie rodziny, kazda z szesciorgiem dzieci … W domu jest muzeum, a w bydynku za nim jest sklep z pamiatkami i kawiarnia, z ogrodkiem na zewnatrz.

Ponizej kilka zdjec eksponatow, zanajdujacych sie w domu.

Z domu poszlismy w kierunku mlyna, ktory znajduje sie w tym miejscu. A znajdue sie on w  tym budynku z czerwonej cegly. Jednym z wlascicieli tego mlyna byl ojciec John’a Canstable’a, a schede po nim przejal mlodszy brat malarza, poniewaz on nie byl zainteresowany prowadzeniem gospodarstwa.

A potem spotkalismy piekny dab, jakiego jeszcze nie widzialam, nie mial on zaoledzi, tylko chyba, szyszki … Nie jestem pewna, nie wiem, nie znam sie … I bylo tam drzewo ktore na nas patrzylo 😉

Jak wracalismy od mlyna, poszlismy jeszcze za dom, bo tam jest staw, a wlasciwie to rzeka, a na niej sa jakies przegrody, tamy czy cos, nie wiem co zacz, ale wydaje mi sie, ze te wszystkie konstrukcje maja zwiazek z samym mlynem.

A kiedy szlismy juz w strone parkingu, to z pod plotu przy domu usmiechnely sie do mnie jeszcze takie cuda …

A w drodze powrotnej, zjechalismy do Chelmsford, w sumie to nawet nie wiem czy jest tam cos ciekawego. Zrobilismy tylko male koleczko i wrocilismy do samochodu, bo znowu zaczynalo deszczykiem straszyc, a i robilo sie coraz pochmurniej.

Pogoda zrobila nas troche w bambuko, bo pogodynka szalu co prawda nie zapowiadala, mialo byc cieplo, pochmurno, ale bez deszczu i to ostatnie niestety sie nie sprawdzilo. Kiedy bylismy w polowie drogi do Faltford, zaczelo padac, ale na szczescie nie byl to jakis duzy dzeszcz i kiedy dojechalismy na miejsce to ustal. Niestety jak szlismy w strone mlyna znowu zaczelo padac. Tam mozna jeszcze pojsc za zabudowania i zobaczyc okoliczne pola, bylismy tam za pierszym razem, ale ostatniej niedzieli zrezygnowalismy z tej atrakcji.

Mysle, ze Dorocie i Markowi tez sie wycieczka podobala.

Po wycieczce wrocilismy do Markow, Dorota podala kolacje. Posiedzielismy jeszcze troche u nich i w tym czasie na niebie pokazala sie tecza.

Dostalam tez piekny bukiet na Dzien Matki, ktory wypadal akurat w ta niedziele, z kwiatami w oblednym zoltym kolorze.

Bukiet stoi do dzisiaj i nadal cieszy moje oko.

26. MAMA ….

Myslalam o niej kilka dni wczesniej, tak mocno, intensywnie, caly dzien … bo tak normalnie, to mysle o niej i o ojcu, prawie kazdego dnia.

Ostatnio robie pozadek w zdjeciach, tych ktore mam na kompie, a jest tego sporo … syzyfowa praca … Wysylam w kosmos te zle, nieudane, podwojne … Segreguje, zakladam foldery … Te z telefonu to bajka, na kazdym mozna sprawdzic date i wiadomo co i jak i kiedy. Te z mojego aparatu dla jajoglowych, to loteria, bo na wiekszosci z nich, jest data „.. styczen 2007”, a to dlatego, ze on zawsze kiedy baterie zdychaly, wracal do tej wlasnie daty. Pierwsze nie potrafilam sobie tego ustawic, a potem ciagle o tym zapominalam … Do tego Gandalf przegladal swoje dyski z kompa i znalazl na nich moje zdjecia i jakies stare dane. Przejzalam to i znlazlam zdjecia z wielkanocy z 2017 roku, a juz myslalam, ze przepadly … ucieszylam sie jak dziecko.

Zdjecia przywolaly wspomnienia …

Zdjecia ktore dostalam , kiedys tam od corki, oba sa z 2010 roku.

Pierwsze jest ze stycznia. Magda pojechala wtedy do Bielska z Mira i swoja kolezanka, Hanica. Chciala odwiedzic babcie i spedzic z nia kilka dni. Hanica zabrala swoj apatar i porobila zdjecia.

Drugie jest z maja, mama przyjechala wtedy do Warszawy, do Magdy, na komunie prawnuczki. Zdjecie zostalo zrobione juz po naszym wyjezdzie.

2014 rok, lipiec.

Przylecialam wtedy do Polski na kilka dni, w powrotnej drodze mialam zabrac ze soba Mire, na wakacje. Nie mialam czasu na dodatkowe podroze po kraju, wiec umowilysmy sie z Magda, ze ona przywiezie mloda do Bielska. Mialysmy leciec do Londynu, z Katowic.

Zdjcia robila Mira. Na pierwszym moja mama, zadowolona, usmiechnieta. Na pozostalych sa obrazy ktore malowala, a ktore wisialy praktycznie na kazdej scianie w jej mieszkaniu.

2014, pazdziernik, Oslo.

Obie moje siostrzenice mieszkaja w Norwegi. Starsza zaprosila babcie do siebie i kupila jej bilety. Mlodsza przyleciala do Polski na kilka dni i po to, zeby babcia nie leciala sama. Moja mam nigdy wczesniej nie leciala samootem, miala wtedy 80 lat. Bala sie troche powrotu, bo wtedy miala byc juz sama. Kaska dzwonila wczesniej na lotnisko i zalatwila wszystko tak, ze odprowadzila babcie do ostatniej odprawy, tej ktora jest przed wejsciem do samolotu.

Mama poznala wtedy swoja mlodsza prawnuczke, Sonje. Poznala tez meza Kaski i jego rodzine. rodzicow i babcie. Opowiadala mi potem, o tym jak oni wszyscy opiekuja sie ta babcia na zmiane, byla tym zachwycona. Babcia byla w domu opieki, ale nie caly czas, byla tam przyz dwa tygodnie, w czasie kiedy rodzina nie mogla sie na zajmowac, a potem dwa tygodnie spedzala w domi i wszyscy po kolei sie nia zajmowali.

Byla zachwycona calym pobytem i wszystkim co Kaska jej pokazala.

Wtedy, tam, jescze czula sie dobrze, jeszcze nie wiedziala …

2015, polowa lipca.

W lipcu moja siostra poleciala do Norwegi, do swoich corek i na slub starszej. Magda przyjechala do Bielska, zeby zajac sie babcia, oraz kotami i kurami swojej ciotki. Siostra zawiozla mame do siebie, zeby Magda nie musiala extra jezdzic do zwierzakow. Byly to ostnie dni, ostatni czas ktory babcia z wnuczka spedzily razem.

17 sierpien 2015

To ostatnie zdjiecie, mama byla juz wtedy w hospicjum.

W polowie sierpnia, przyjechalismy do Polski na slub Magdy. Kilka dni spedzilismy w Bielsku. To byly moje ostatnie dni, ostatni czas spedzony z mama. Wiedzialam, ze juz jej nie zobacze …

Odeszla w dniu swoich imienin, 2 wrzesnia.

Przyszedl po nia „ten facet ktory robi nici”.

Przyszla do niej Psota, zrobila co miala zrobic, a potem siedzialy i rozmawialy. Nagle mama podekscytowana wypalila: „co ten facet tu robi?, dlaczego on tam stoi?, skad on sie tu wzial?” Psota zaskoczona zaczela dopytywac o co chodzi, bo na sali byly tylko one dwie. Mama powiedziala jej wtedy, ze pod drzwiami od lazienki, stoi facet i robi nici. Ona go widziala.

25. DZIEN POCIETY NA KAWALKI

Wpiatek …

Wstalam rano. Napilam sie wody. Zrobilam Gandalfowi kanapki do pracy. Nakarmilam chlopakow. Szybko wzielam przysznic, ubralam sie, ogarnelam wlosy. Czlowiek nic konkretnego nie zrobil, a dwie godziny minely jak pstrykniecie palcami …. Zlapalam torebke, wrzucilam do niej telefon. 9:03 zamykam za soba drzwi, wizyte u lekarza mam o 9:20. Wychodze. A na polu slonko i cieplo i … Wszedzie wszystko kwitnie, patrze tu jakis kwiatek, tu galazka ukwiecona, tam cos … zawrot glowy … Nie mam czasu, jak bede wracac to pstrykne sobie i to i tamto i jeszcze cos …

Melduje sie na recepcji, siadam na krzesle i czekam. Na tablicy pojawia sie moje nazwisko z numerem pokoju, do ktorego mam sie udac. W gabinecie melduje, ze z reka jest gorzej. Lekarz kiwa glowa, pyta o cos, robie glupia mine, nie rozumiem, …. Potem idzie lepiej, chociaz kiedy mi poleca wykonywac pewne ruchy dlonia, to jakos nie lapie … Z duza doza cierpliwosci, dla nie kumatego jezykowo pacjenta, udaje sie mu przeprowadzic badanie, wypada zle. Pyta czy mam problemy z karkiem, tak mam, mam problemy z kregoslupem od dziecka, to czego nie potrafie powiedziec pokazuje, np wskazujac palcem na odcinek ledzwiowy. Na koniec mowi, ze moze mi zrobic zastrzyk dzisiaj, zerka w monitor … o 14:20, albo kiedys tam, nie lapie, niewzane, jak dla mnie super bedzie dzisiaj. Na koniec wizyty, poleca mi pojc do recepcji. Ladnej, czarnej babce za kontuarem mowie, ze mam appointment na 14:20, na zastrzyk. Patrzy w monitor, sprawdza, potwierdza, po czym robi zdziwona mine i patrzac na mnie mowi: „oooo, ty dzisiaj bedziesz tu trzy razy, bo jeszcze masz apointment na 11:15”. Rozbawia mnie, to jej zaskoczenie i jej mina, potwierdzam i wychodze. Na zewnatrz, smieje sie do siebie z jej zdziwionej miny i zaskoczenia i juz mysle o tych fiatkcha, ktore czekaja na mnie czekaja …

Tuz za zakretem lapie takie rozowe cudo. A kawalek dalej, juz po drugiej stronie ulicy, za jakims ogrodzeniem, delikatny kwait powojnika, chyba. I jeszcze tka kisc pachnacych kwaitow, na jakims krzaczorze.

Wracam do domu. Nastawiam imbryczek na poranna kawe, pozna dzisiaj, no coz, czasem tak bywa. Wlaczam lapka. Siadam z kawa, Sprawdzam fejsa, moze corka cos napisala, wyslala jakies zdjecia, moze Kasi, moze kwiatkow … Czytam kilka postow, na blogach ktore lubie … Czas dopic ostatni lyk i jeszcze do kibelka. Znowu wychodze. Ide, a po drodze spostrzegam fiatki ktore mi wczesniej umknely. I nagle … O, jaki fantastyczny klomb i dlaczemu wczesniej go tu nie widzialam? No, jasne, ze nie widzialam, bo wczesnej nie byl on upstrzony tak cudnie pomaranczowo … Nie mam czasu teraz … ale jak bede wracac …

Melduje sie na recepcji, siadam na krzesle, czekam.

Wchodze do gabinetu. Pielegniarka pyta kiedy mialam ostatnio robiona cytologie. Dawno, bardzo dawno, jeszcze w Polsce … Mowie jej, ze wszystko jest Ok, czuje sie dobrze, nic mnie nie boli, a ostatni okres mialam ponad dwa lata temu. Tutaj badanie to robia w GP, czyli w osrodku zdrowia, a nie u ginekologa. Podoba mi sie to. Wyniki beda za 6 tygodni, jak wszysko bedzie dobrze to OK, a jak by cos bylo nie tak, to dostane wezwanie do szpitala.

Wychodze. Ladnej murzynce z recepcji mowie, ze jeszcze tu wroce, wybucha smiechem. Na zewnatrz jeszcze smieje sie do siebie, do swoich mysli ktore bladza nie wiem gdzie … Przechodze przez ulice, ide pare krokow i spogladam w lewo … O, kurde po co ja przelazilam, przeciez mialam te poaranczowe kwiatki na klombie … E, moze jak bede nastepnym razem … Ale nie, przeciez nigdzie mi sie nie spieszy, rozgladam sie na boki i wracam na tama strone ulicy. Obchodze klomb w kolo i … wszystkie te fantastycznie pomaranczowe i nie tylko … I sa jakies niebieskie, nie wiem co zacz i nagietki, a na koniec maki, maki piekne, delikatne, czerwone … cudowne. Kocham maki.

A potem jeszcze, po drodze urzeka mnie delikatnie rozowy kwiat dzikiej rozy, chyba … Zachwycaja kwiaty akacji, tej takiej z prawie zoltymi liscmi. A druga, w calej jej okazalosci, lapie w obiektyw mojego smartfona, obie sa piekne i ten kolor ich lisci, poprostu zolto – zielony obled. I jeszcze takie cudo sie do mie usmiecha, z za plotu, tuz obok wejscia do szkoly, takie skromne kwiatki dzikiej rozy ( tak mysle, nie znam sie na roslinach za bardzo).

A tuz, prawie pod domem … seidzi sobie gawron i odpoczywa. Zwalniam, powoli wyciagam telefon z torebki … i powolutku krok za krokiem, zblizam sie i pstryk, pstryk, pstryk …. ktores musi byc dobre … Gawron, o dziwo niezbyt pospiesznie, przeskakuje na druga strone ogrodzenia, mam go, uwielbiam obserwowac te ptaki.

A potem za murem naszego patio … Moja pierwsza mysl: „Glowy Lenina z nad painina”, parskam smiechem … To nasze pomidory i truskawki, ktore stoja na daszku budki ogrodnika, czyli szopki Gandalfa. A na koniec,  jeszcze krzak rozy u sasiada, patrze na niego co rano, jak wypuszczam chlopakow na spacerek.

A w domu … Tuz po poludniu, robie sobie sniadanie, grzanki z zoltym serem, na patelni, nie mamy opiekacza, tostera, tudziez innego tego typu ustronstwa … Jedzac te moje grzanki, zastanawiam sie, czy uda mi sie wypic dzisiaj druga kawe, po czym dochodze do wniosku, ze tak, o ile zrobie ja sobie zaraz, teraz … A po kawie po raz ostani wychodze …

Ide i w duchu smieje sie do tych moich disiejszych wedrowek, tam i spowrotem ….

Siadam na krzesle i wbijam wzrok w tablice, a moje nzawizsko uparcie sie na niej nie pokazuje. Sparawdzam ktora godzia, ile czasu juz czekam … Chochlik czarnowidz zaczyna dzialac: a moze, bo nie zameldowalas sie na recepcji … i lekarz juz sobie poszedl … nie nawidze tego …. Babka z recepcji schodzi i pyta, czy ja to ja … I mowi zeby poczekac, za chwile moje nazwisko pojawia sie na tablicy, uf, spadaj chochliku czrnowidzu.

Lekarz pyta czy chce siedziec, czy wole sie polozyc, zostaje na krzesle, dopytuje czy jestem pewna, tak jestem pewna. Robi mi zastrzyk w nadgarstek, wczesniej precyzyjnie wyznaczajac miejsce wklucia. Obserwwuje cala operacje. Po zastrzyku tlumaczy mi, ze dostalam anestetyk ze sterydem i gdyby on pomogl, to bedzie nastepny. Wyznacza mi wizyte kontrolna, za da tygodnie. Wychodze. w recepcji nie ma akurat „mojej babki”, szkoda. Kiedy jestem juz a zewnatzr czuje jak reka mi cierpnie, no nie dizwne, raczej.

A po drodze, jeszcze raz uwieczniam klomb w calej okazalosci. A potem usmiecha sie do mnie jaks biala roza, a na koniec jakis delikany kwiatuszek, ktory zachwyca uroliwie swoim fioletem.

A wieczorem, jak Gandalf wraca z parcy, grzeje mu obiad i zdaje relacje z wizyty u lekarza.

A jeszcze pozniej stwierdzam, ze calodzienna kwarantanna, wyelczyla Rufusa z „nie bede tego jadl, nie lubie”, ale to juz inna historia.

Glupi taki dzien, pociety na kawalki, podzielony na czas od wizyty do wizyty, ale jednoczesnie fajny. Tyle fiatkow sie do mnie po drodze usmiechalo, a ja usmiechnelam sie do jakiegos czarbego pana, ktory akurat strzygl zywoplot, ale on byl chyba nie kumaty jakis, bo popatrzyl na mnie, jakby sie mi cos na mozg rzucilo, chyba nie potrafil sie slonkiem cieszyc 😉

Zdjecia mozna powiekszyc, klikajac w nie.


24. CANTERBURY, HORNE BAY (VI. 2015)

Tak jak juz wspominalam, w Canterbury i Horne Bay bylismy wczesniej. Pojechalismy tam na poczatku czerwca, 4 lata temu. Gandalf znalazl gdzies informacje, ze jest tam zabytkowa katedra. Katedra ta, jest jedna z najstarszych i najslawniejszych budowli tego typu, w Angli (tak podaje wikipedia).

Zanim dotarlismy do niej, to pierwsze przeszlismy przez miasto i przez brame widoczna na pierwszym zdjeciu. Brama jak widac byla remontowana, zreszta sama katedra rowniez. Miasto widac po budynkach, ze bardzo stare. Budynki bardzo malownicze, jest sie czym pozachwycac. Czuc i widac w tym miejscu, historie …

W katedrze, akurat byly wtedy, przeprowadzane prace konserwacyjne, wszedzie byly porozstawiane rusztowania. Nie weszlismy do srodka, nie pamietam dlaczego, moze byla zamknieta dla zwiedzajacych. Obeszlismy ja w kolo i caly teren wewnatrz murow ja okalajacych. Budowla robi ogromne wrazenie.

A potem poszlismy obejrzec ruiny zabytkowego zamku, jeszcze starszego od katedry.

Obejrzelismy starozytne ruiny z zewnatrz i od srodka, a nawet z gory. Pozniej, jeszcze bylismy w parku obok ruin, a potem pojechalismy jeszcze do Horne Bay.

Spacer po promenadzie, zaczelismy w innym miejscu niz rok temu. A idac wzdluz niej, na lace powyzej, zobaczylam moje ukochane margaretki i nie moglam sie powstrzymac …  Kocham te kwiaty

Na ostatnim zdjeciu, w dali na cyplu, widac ruiny strego kosciola w Reculwer. Zostalo z niego juz niewiele, bo wiekszosc budowli zostala pochlonnieta przez morze.

Pogode mielismy piekna i schodzilismy sie, az do bolu nog, to byla swietna wycieczka.

23. SEERNESS, MARGATE, RAMSGATE (16. IX. 2018)

Rok temu, jednej wrzesniowej, slonecznej i cieplej niedzieli, zrobilismy sobie podobna wycieczke. Piersze pojechalismy do Sheerness, bo Gandalaf gdzies wypatrzyl ten most, po ktorym mozna tam dojechac i chcial mi go pokazac. Zaparkowalismy w tym samym miejscu, obok tego samego stawku co ostatnio i poszlismy na plaze. Wtedy bylismy sami, a ze jak juz gdzies sie wybierzemy to lubimy sobie polazic az do bolu, to szlismy ta plaza, az doszlismy do promenady, a byl to dosc spory kawalek …

A potem wrocilismy do samochodu i pojechali dalej, do Margate. Zeszlismy w dol w kierunku morza i podziwialismy klify, niesamowite widoki …

Byla to tak jakby zamknieta zatoka, gdzie w jedna strone wogole nie mozna bylo pojsc, bo klif prawie od razu wyrastal z wody, pionowa sciana w gore. W druga strone mozna bylo pojsc tylko kawalek, tak sie nam przynajmniej wydawalo, bo nie szlismy tam do konca. Wrocilismy ta sama droga na gore, ktora tam zeszlismy i poszlismy na promenade.

Nie zwiedzilismy wtedy miasta, szlismy tylko wzdluz morskiego brzegu i zachwycalismy sie malowniczymi widokami ktre tworzyly piekne klify.

Doszlismy do budki z ostatniego zdjecia i zawrocilismy w strone samochodu, a jak juz do niego dotarlismy, to z przyjemnoscia usadzilismy tylki w fotelach, bo nogi nam juz wlazly wiadomo gdzie …

Kiedy przyjechalismy do Ramsgate, zrobil sie juz wieczor …

Bylismy juz zmeczeni, ale Gandalf chcial zobaczyc jak wyglada port promowy i czy cos sie tam dzieje, ale zanim tam doszlismy, to jeszcze obejrzelismy sobie troche miasto.

Porobilam troche zdjec z gory …

Potem zachwycil mnie ten wodospad i laweczka obok niego …

I jeszcze postanowilam to sobie uwiecznic …

I jeszcze widok z gory …

A na koniec dotarismy do opuszczonego prtu i jak widac na zdjeciu nic sie tam nie dzialo, bylo calkiem pusto.

Gandalf przekonal sie na wlasne oczy, ze ten port niestety jest zamkniety. Kiedys plywaly z tego miejsca promy do Ostendy, podroz trwala 4 godziny i mozna bylo sie spokojnie przespac, oszczedzalo sie tez kawalek drogi. Plynelismy z tego miejsca w 2011 i potem wracalismy do Londynu z naszymi dziewczynami, czyli corka i wnuczka. Postalismy tam chwile i popatrzyli na opustoszale miejsce, firma ktora prowadzila w tym miejscu inters byla mala i podobno splajtowala. Za to teraz, w zwiazku z Brexitem, podobno jest plan uruchomienia tego prtu na nowo,

A potem ruszylismy w droge powrotna do Londynu.

22. TAKA OT, NIEDZIELNA WYCIECZKA …

Ta niedziele spedzilismy w domu, na zewnatrz bylo troche szaro, nieco ponuro, pare razy cos tam pokropilo, czyli bylo nijako, barowo … W sobote bylo prawie tak samo, nijako ….

A tydzien temu, bylo slicznie, slonecznie, chociaz niestety chlodnawo. Pojechalismy sobie w trojke, nad morze.  Gdzies po drodze zatrzymalismy sie na jakims servisie i kupilismy sobie po kawie, a dla wnuczki czekolade do picia i po kanpce dla kazdego.

Potem pojechalismy do Sheerness, jest to miejsce ktore znajduje sie na Isle of Sheppey i mozna sie tam dostac jadac mostem.

Zaparkowalismy kolo niewielkiego stawku i poszlismy na plaze. Poszlismy ot tak, przed siebie, bez wyraznego celu. Znalezlismy na piasku, kilka fajnych muszli. Od morza wial zimny wiatr i zrobilo sie nam chlodno, pomimo tego, ze zabralismy ze soba kurtki, wiec wrocilismy do samochodu i pojechalismy dalej przed siebie.

Szkoda, ze wczesniej nie popatrzylam w googel maps, bo ta nasza wycieczka wygladala by inaczej. Poprostu zostalibysmy na wyspie i pojechali ja pozwiedzac, ale nic starconego, namowie na to Gandalfa innym razem.

Z Sheerness udalismy sie do Horne Bay, to takie nadmorskie miasteczko, jedno z wielu tutaj. Trafilismy chyba na jakis niewielki zlot motocyklistow, bo przy nadmorskiej promenadzie, bylo ich calkiem sporo. Motocykle byly rozne: starsze, mlodsze, oryginalne i przerabiane, stylizowane na stare itp, itd. Gandalf chodzil, ogladal, podziwial, komentowal, mnie to nie bardzo interesowalo, wiec tylko platalam sie za nim, a on cos tam wnuczce pokazywal. Potem chwile podreptalismy sobie po plazy, a ja z ulga sciagnelam klapki i pomimo, ze piasku to raczej tam nie bylo, tylko drobne kamyki, to dalam stopom odetchnac. Niestety, nowe klapki okazaly sie strasznie meczacym bublem, ale kupilam je w funciarni, za jednego funta, wiec nie bedzie mi zal ich wywalic. Na plazy nie zostalismy dlugo, przeszlismy tylko kawalek, a potem Gandalf jeszcze raz, krotka chwile pozachwycal sie jednosladami i poszlismy na molo. Tamtejsze molo to takie skromniutkie jest i wielu atrakcji na nim nie bylo.

Na barierce wypatrzylam pewne szydelkowe cuda, a potem wcielilam sie w postac z jednego obrazu Munch’a. Przespacerowalismy sie do konca mola i spowrotem, a potem postanowilismy pojechac do Cantenbury i poszukac jakiejs kanjpki, w celach konsumpcyjnych.

Jak stanelismy na parkingu, to zanim wysiadlam z auta, ubralam buty. Po Cantenbury tez chwile polazilismy. Ja pstrykelam kilka zdjec.

Po drodze minelismy kilka przybytkow, gdzie teoretycznie mozna bylo by cos zjesc, ale byly zamkniete. Ostatecznie odwiedzilismy mala knajpke, ktora minelismy zaraz na poczatku i tam zjedlismy po ziemniaku, takim zapiekanym z serem.

A potem udalismy sie w droge powrotna do domu. Ot taka sobie wycieczka, duzo sie nie nachodzilismy, nogi mnie nie rozbolaly.

Rok temu zrobilismy sobie podobny wypad tylko, ze we wrzesniu i bylismy wtedy w Sheerness, Margate i Ramsgate, a w Cantenbury i Horne Bay tez juz bylismy, tylko 4 lata temu.

21. POWRACAJACY KOSZMAR

Mialam takie dwa, dwa powracajace koszmary senne, oba snily mi sie kiedys i meczyly okrutnie. Oba byly oparte na jednym schemacie i roznily sie od siebie bardzo niewiele. Oba rozgrywaly sie poznym wieczorem, albo w nocy, bo bylo juz ciemno.

Pierwszy:

Wracam do domu, podchodze do drzwi klatki, bloku w ktorym mieszkam i widze, ze w duzym pokoju swieci sie swiatlo. Wczodze na klatke i podchodze do drzwi mieszkania, otwieram je kluczem. Juz od wejscia do przedpokoju widze, ze cos jest nie tak, cos jest inaczej, inne odglosy, inne zapachy, inne umeblowanie … Nie jestem u siebie, to nie moje mieszkanie … Nie rozumiem jak to sie moglo stac, w jaki sposob moglam sie tak pomylic … Opanowuje mnie strach, boje sie, ze mieszkancy zuwaza moje wtargniecie, ze oskarza o wlamanie, kradziez, nie wiem o co jeszcze … Strach narasta. Ja jestem przerazona i nie moge zrozumiec, ze jak to … przeciez weszlam do mojego bloku i do mojego mieszkania … a jednak nie … Ide do drugiej kaltki, potem do trzeciej … Potem ide do drugiego bloku, do trzeciego i do czwartego … Nigdzie nie ma moich drzwi, mojego mieszkania … Blodze po moim osiedlu, od bloku do bloku, od drzwi do drzwi … Jestem przerazona i bezsilna … Nie mam nic, wszystkie moje rzeczy zostaly tam, no wlasnie, ale gdzie … Nie mam nic, nie mam kogo poprosic o pomoc …

Drugi:

Ide chodnikiem, wkolo panuje ruch uliczny, ale raczej taki niewielki. Ide i w pewnym momencie czuje sie dziwnie, jakos slabo … Musze przejsc na druga strone ulicy, rozgladam sie, nic nie jedzie, ruszam … i nagle trach, robi mi sie slabo i trace wladze w nogach, padam jak podcieta kloda. Leze na ulicy calkowicie bez sil, nogi mam bezwladne. Wkolo nie ma ani jednego czlowieka, jestem calkiem sama i wiem, ze musze jak najszybciej znalezc sie na chodniku, ale jestem tak slaba, ze kazdy ruch reka to ogromny wysilek, pomimo to probuje sie czolgac … I nagle z przerazaniem widze, ze nadjezdza ciezarowka, albo autobus. Jestem pewna, ze nawet jak kierowca mnie zauwazy, to nie bedzie w stanie zatrzymac sie  na czas … Pomimo wszystko usiluje czolgac sie nadal, ale z kazdym ruchem jestem coraz slabsza, paralizuje mnie strach i widze jak pojazd jest coraz blizej …. Wiem, ze nie zdaze. Ogarnia mnie beznadziejna bezsilnosc i rozpacz … Pelznac czekam na nieunikniony koniec …

Czasem budzilam sie z tych snow przerazona, z ulga striwerdzajac, ze jestem we wlasnym lozku i zawsze przez kilka dni siedzialy mi one w glowie, meczyly … Nie pamietam kiedy mialam je ostatni raz, ale napewno nie nawiedzily mnie od kiedy mieszkam w Londynie i wydaje mi sie, ze jak mieszkalam w Warszawie, tez ich nie mialam. Wychodzi na to, ze ostatni mialam je, jak mieszkalam w Przeworsku.

Nie pamietam tez czy opowiadlam je mamie. Moja mama swietnie tlumaczyla sny, ale w pewnym momencie przestala to robic.

20. BURZA

BLYSK PIERWSZY ….

Jestem u babci, mam moze 5 albo 6 lat. Jest lato, piekna sloneczna pogoda. Bawie sie z kuzynka, ona jest rok starsza ode mnie. Biegamy po ogrodzie, krecimy sie wokol domu, zagladamy do obory, tam w zagrodce sa male krokiczki, nie wolno nam ich dotykac …

Jest goraco i duszno, i nagle niebo zaciaga sie czarnymi sklebionymi chmurami, w powietrzu czuc nadchodzaca burze. Nasze babki, wolaja nas do domu. Przybiegamy. One zamykaja drzwi do sieni, z jednej i drugiej strony domu. Nasze babki i ciotki, w pospiechu zbieraja sie w izbie u mojej babci, zapalaja gromnice, zaczynaja odmawiac jakas litanie … Na nas nikt nie zwraca uwagi. Na zewnatrz juz slychac pierwsze, grozne pomruki burzy. Korzystajac z tego, ze babki sa pochloniete odmawianiem modlitwy, cichutko wchodzimy na strych, nie wolno nam tam chodzic …

A na strychu jest jak w piecu, czuc intensywny zapach swiezego siana i jest mroczno, tylko przez malutkie okienko wpada troche swiatla, ale teraz na zewnatrz jest prawie ciemno. Siadamy w ciemnosci na podlodze, blisko kolo siebie i wyczekujac, wpatrujemy sie w okienko … I nagle cisze rozdziera grzmot, a po chwili niebo przecina blyskawica, rozswietlajac wszystko wokol nas niebieskim swiatlem … pyk … zapada ciemnosc … A po chwili, znowu przewala sie grozny pomruk grzmotu, a po nim nastepuje niebieskawo – bialy blysk … Zafascynowane siedzimy i wpatrujemy sie w spektakl: grzmot, blyskawica rozswietlajaca otaczajacy nas mrok i po niej ciemnosc, a potem wszystko od nowa … i tak raz, za razem …. Powoli burza sie przewala nad domem, a potem slychac jak sie powoli oddala … Za okienkiem robi sie coraz jasniej, a z dolu jeszcze sluchac modlace sie babki … A potem nagle szuranie krzesla, stekanie i … juz wiemy, schodzimy cicho na dol.

Burza obserwowana wtedy, tam na tym strychu, miala niesamowity wymiar, prawie bajkowy.

BLYSK DRUGI ….

Budzi mnie w nocy odglos grzmotu, pomimo zaslony, nasz pokoj raz po raz rozswietlaja kolejne blyskawice. Leze wpatrujac sie w okno. Po jakijs chwili, zdaje sobie sprawe z tego, ze drzwi do naszego pokoju, nie sa zmkniete na klamke. Cicho wstaje z lozka. Syna nie ma w lozku. Ide i powoli uchylam drzwi szerzej … Naprzeciw, na tle okna, w pokoju ojca, widze dwie czarne sylwetki, jedna mala siedzi na parapecie, druga duza stoi obok tej malej, sa przytulone do siebie i za kazdym razem kiedy huk grzmotu rozdziera cisze, obie czarne sylwetki lekko drza … Stoje dosc dluga chwile i patrze na spektakl za oknem i na to jak moj syn i kot obseruja razem zywiol szalejacy za oknem. Potem podchodze do nich i biore kota pod pache, a syna za reke slychac, ze burza juz odchodzi, idziemy spac.

To bylo ostatnie lato kiedy mieszkalismy w Bielsku, razem z moim ojcem, syn mial wtedy 10 lat, a nasza biala – Dina rok.

BLYSK TRZECI ….

Jest letnia, sloneczna niedziela. Zabralam plecak, kanapki, zielona herbate do picia i syna ktory zdecydowal sie pojsc ze mna.

Poszlismy naszym utartym szlakiem miedzy polami, a potem zatrzymalismy sie pod laskiem, aby usiasc w cieniu drzew. Niestety nie bylo nam dane spokojnie posiedziec i zjesc kanapek, bo nagle nie wiadomo skad nadciagnela czarna chmura i zaczelo groznie, burzowo pomrukiwac, a do tego zaczelo padac. Zlapalismy swoje manatki i wskoczylismy  miedzy drzewa. Rozblyslo, a potem grzmotnelo i w glowie blysnela mi mysl, ZE TO PRZECIEZ BARDZO NIEROZSADNE W CZASIE BURZY CHRONIC SIE POD DRZEWAMI. Pospiesznie zapakowalismy nasze manatki do plecakow i wyskoczylismy z lasku prosto w strugi deszczu. A burza byla blisko, bardzo blisko, ona byla TU … Po blysku, prawie natychmiast nastepowal ogluszajacy grzmot. A my na srodku jakiejs wielkiej laki, dwa punkty ktore potencjalnie moga sciagac wyladowania na siebie … Widzielismy jak calkiem niedaleko nas, blyskawica dotknela ziemi, widok niesamowity, ale znalezc sie w srodku burzy … Nie wiadomo co robic w takiej sytuacji ? isc … ? usiasc … ? polozyc sie …. ? I tak zle i tak niedobrze, wiec poprostu szlismy. Jeszcze kilka razy widzielismy jak blyskawica dosiegnela ziemi, calkiem niedaleko od nas … Nie wiem czy to groza sytuacji, bo jednak bylo groznie, spowodowala to, ze humory nam dopisywaly i zasmiewalismy sie do lez …

Burza przyszla nagle, a potem powoli odeszla, a my oboje wrocilismy do domu przemoknieci, ubloceni i usmiani po pachy …

Bylo to lato 2001 roku.

BYSK CZWARTY ….

Jest lato, wieczor. Na zewnatrz nagle zrobilo sie calkiem ciemno. I nagle w jednej chwili rozpetalo sie pieklo … Wybieglam przed dom, na stopniu pod drzwiami stala juz Danusia, zapytala tylko: “a kotecki juz w domu”. Tak, wszytkie cztery juz byly w domu. Stalysmy tak obok siebie, pod daszkiem nad drzwiami i patrzylysmy zafascynowane w niebo ponad domem sasiada. Z czarnej, sklebionej, wielkiej i groznie wygladajacej chmury, wiszacej wysoko na niebie, wyskakiwaly blyskawice jak flesze szalonych fotografow jeden za drugim, w ogluszajacym huku przewalajacych sie grznotow. Chcialysmy cos do siebie powiedziec, ale nasze glosy ginely w huku. Stalysmy tak z rozdziawionymi ustami i z zachwytem patrzylysmy na cos, czego moze zadna z nas, juz nigdy wiecej nie zobaczy w swoim zyciu ponownie. W jednej chwili z chmury wyskakiwaly po dwie, a nawet trzy, albo i cztery byskawice, nie wiem ile … nie bylam w stanie tego ogarnac, momentami szalejacy zywiol rozsietlal okolice tak, ze robilo sie prawie bialo … nigdy wczesniej nie widzialam takiej niesamowitej burzy. Stalysmy tak i gapily sie na ten spektakl, moze z 10 minut, moze dluzej, az zrobilo sie nam zimno, a stopy leko zamokly od deszczu rozbryzgujacego sie na betonie. Na nastepny dzien, chyba z telewizji, dowiedzialam sie, ze nad Warszawa przetoczyla sie nawalnica o niespotykanej sile, bylo okolo 70 wyladowan na minute.

To bylo chyba moje ostatnie lato w Warszawie.

BLYSK PIATY ….

Wszyscy juz spaia, tylko ja jeszcze nie … Jestem niespokjna, cos wisi w powietrzu, jest goraco … Klade sie, ukladam wygodnie, poprawiam poduszke … Cos burczy glucho i przeciagle za oknem … Poprawiam koldre, jedna noge wystawiam z pod niej, bo goraco jest … Znowu slychac pomruk grzmotu …  Wierce sie i znowu poprawiam poduszke, bo nie tak lezy pod karkiem … W oknie widze , jak niebo rozdziera blyskawica … Zaczyna padac deszcz i znowu pojawia sie blyskawica, a po niej grzmot. Po chwili kolejna blyskawica i zaraz po niej ogluszajacy grzmot i zaraz nastepna blyskawica … Po kilku minutach, unosze glowe znad poduszki i juz wiem, ze to nie jest zwykla burza, nie taka jak te ktore sa tu zazwyczaj. Blyskawica za blyskawiac, grzmot za grzmotem, tego nie moge przegapic … Wylaze z lozka, podchodze do okna i prawie przylepiam nos do szyby, po lewej sronie rozgrywa sie spektakl, widac piekne zygzaki blyskawic, leje juz jak z cebra. Biore telefon i zaczynam pstrykac fotki. Gdybym miala stare okan, otworzyla bym go na osciez i porobila lepsze zdjecia, a tak to tylko przez szybe moge, bo jak go otworze to i tak nie zmieni to sytuacji, bo cholersto otwiera sie na zewnatrz. Nagle wpadam na genialny pomysl i zaczynam krecic filmiki, dlaczego nie pomyslalam o tym wczesniej … Jestem zafascynowana pieknem zywiolu i tym, ze to taka prawdziwa burza, z prawdziwymi grzmotami i blyskawicami i trwa tak dluga, no nie umywa sie ona do tej warszawskiej, ale jak na warunki londynskie jest niesamowita. Slucham przewalajacych sie grzmotow i lejacych strug deszczu i obserwuje blekitne blyskawice rozdzierajace niebo … Na zewnatz spada temperatura, burza trwa i trwa, robi sie mi chlodno, zaczynam drzec, jestem zmeczona, bo juz po piewszej, a moze i pozniej, nie pamietam dokladnie …. a konca burzy nie widac. Nakrecilam kilka filmikow, ktorys na pewno bedzie niezly, z zalem klde sie do lozka i jeszcze z glowa na poduszce, patrze w okno rozswietlane blyskawicami slabnacej burzy, ale jeszcze caly czas trwajacej … Zasypiam … nie wiem kiedy sie skonczyla, nie wiem jak dlugo trwala ….

To bylo rok temu latem, piersza taka burza nad Londynem, od kiedy tu mieszkam, pierwsza pozadna burza jaka moglam obserwowac od 10 lat.

BLYSK SZUSTY …

A wczoraj wieczorem, kiedy juz na zewnatrz robilo sie ciemno i padal deszcz, nagle uslyszelismy gluchy pomruk grzmotu, po chwili drugi, a potem trzeci … Blyskawica sie nie objawila … Pyk … koniec i po burzy.

Tak zazwyczaj wygladaja tu burze, czasem do grzmotu dolacza jakas niemrawo wygladajac blyskawica, a czasem widac tylko krotki rozblysk, jakby ktos chcial swiatlo zaswiecic, ale palce omskly by sie mu po pstyczku …

Lubie burze, facynuje mnie ten zywiol i nigdy sie jej nie balam, zawsze podziwialam jej dzikie, nieokielznane piekno.